Logo

Dziesiąta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Bartosz Małczyński – Wierszem zbawić ludzkość. Poezja Anny Świrszczyńskiej

1.

Bartosz Małczyński to historyk literatury i eseista bardzo skrupulatny i drobiazgowy. Operuje retorycznym światłocieniem. Czyta w sposób niespieszny, wyczerpując wszystkie poziomy sensów, linijka po linijce, detalizując wiersze jak aptekarz odmierzający ingrediencję do kolejnych farmaceutyków. Długie godziny, późno w noc nasłuchuje poezji, dostrajając się do jej polifonicznych tonów, dodekafonicznych dezercji znaczeń. Kiedy wiersz mu coś mówi, nie myśli, co sam zaraz powie. Słucha. Pozwala nieść się przesłaniom i wybrzmiewać. Mógłby za Józefem Wybickim do Kajetana Węgierskiego, powtórzyć: „wiersz poważam wiele”1. Dlatego pozwala mu wejść w skórę, nie ponagla, nie pospiesza. W szkicu Muzyka i poezja, Maciej Cisło notował: „Większość słów szumi w nas jak wiatr i snuje się niczym wełna, z której upleciona jest poetycka tkanina wokółziemska. Mówienie jest o b j a w o w e, jest przede wszystkim naszym muzycznym w y g l ą d e m”2. Pisanie zaś to nasza g r a. Na marginesie poezji Jerzego Lieberta Małczyński dekadę temu notował: „Muzyka zawiesza istnienie świata, albo raczej zawiesza istnienie wobec świata. Melodie pełnią funkcję konsolacyjną, zamieniają żale w odczucie piękna, trzymają przy życiu”3. Posłuchajmy zatem wierszy – tego co i jak mówią.

2.

W swojej nowej książce, poświęconej poezji Anny Świrszczyńskiej (która za swoich antenatów uznawała Leśmiana i Rilkego), główny temat, raz po raz kontrapunktuje perseweracjami i repetycjami, jakby jego książka, była historycznoliteracką fugą, opalizująca światłem pisma, wokół kilku wątków. A te w czytelniku rezonują, obramowane mocnym konturem. Bo autor «Bocznych odnóg, ciemnych jam», zgodziłby się z pewnością ze Stefanem Napierskim, który w 1928 roku, wyznawał: „Poeta zamknięty jest w świetlistym wielościanie; jest w samym centrum płomiennej latarni. Ten, kto stoi w ciemności stającego się świata – raz-po-raz ogląda odmienną jego, przesuwającą się twarz. I tylko on jeden – z zewnątrz – wie, że ruchome sygnały, języki ognia liżące wzburzone morze, jedno mają serce”4. Jego puls staje się dla autora Zestrojenia krytycznoliterackim stenogramem. Pisząc we wcześniejszej książce o Karpowiczowskiej antropologii, zanotował przecież: „człowiek to istota, która skazana jest na błądzenie poprzez noc ku światłu i której nazwa powinna mieć jasny sens, jeśli chce się jej w ogóle używać w odniesieniu do kogokolwiek”5. Zatem czyste tony ciemnych poruszeń. Człowiek wpisany w trwogę, maskujący myślami lęk. W myśl zasady, że „Grzech otwiera Szatanowi wrota piekielne i ukazujące panoramę «mrocznego, nieogarnionego oceanu bez granic». Właściwie już wtedy rozszczelniają się dla ludzi bramy Edenu, za którymi zaczyna się rozlegać ta sama bezkresna ciemność”6.

3.

We wstępie, pisze: „Pomiędzy biegunami afirmacji i monstrualizacji życia rozciąga się wyraźna linia nakreślona na mapie poetyckiej XX wieku przez autorkę Czarnych słów”. Znamienna bowiem dla jej poetyckiej dykcji jest „korelacja uczucia strachu i grymasu uśmiechu”. Małczyński pokazuje poetkę – która pracę magisterską o motywach biblijnych w poezji Jana Kasprowicza obroniła w 1932 roku – nie mogącą przejść obojętnie wobec ludzkiej krzywdy. Debiutuje w 1930 roku na łamach „Płomyka” wierszami Śnieg oraz Szopka. W Dziale Wydawniczym Związku Nauczycielstwa Polskiego, gdzie podejmuję jedną z pierwszych prac zawodowych, poznaje Józefa Czechowicza. Jej pierwszy tom, Wiersze i proza, ukazuje się w 1936 roku, a pochlebnie wypowiada się o nim Władysław Sebyła. Ślubu z Janem Adamskim (który zostawi ją potem dla Haliny Poświatowskiej) udziela jej Karol Wojtyła. Tyle fakty. Małczyński przedstawia Świrszczyńską jako poetkę empatii, stałego wychodzenia ku drugiemu człowiekowi, która wierzyła (podobnie jak Maria Konopnicka) w społeczną funkcję wiersza, jego umiejętność krzepienia wrażliwości i budzenia sumień. Poezja była dla niej aktywnością stawiającą znak równości pomiędzy ludźmi. Autorka Wiatru chciała, aby wiersz mówił głosami zwyczajnych ludzi, którzy odnajdą w nim swoje troski i zmartwienia, nadzieję i radości. Jej poezja rozpisana była na namiętność i gwałtowność wstrząsającą ciałem i elementarną potrzebę pielęgnowania życia wewnętrznego, opartego na doskonaleniu się w etycznych naukach. Autor Rozwiązywania tekstów, pisze o dzieciństwie poetki, dorastającej w zasadzie w malarskiej pracowni ojca: „Świat kultury oddzielał więc rzeczywistość codzienną od stale powracającego odczucia grozy, otaczał egzystencję rodzinną być może iluzorycznym, lecz w swej iluzoryczności skutecznym woalem bezpieczeństwa, kurtyną ochronną w teatrze życia i śmierci”. Dalej Małczyński zaznacza, że trwoga pełni w tej poezji funkcję unifikującą, zaś sama poetka, całą swoją twórczością, oponuje wobec elementarnej zasady przemocy, której bezwzględność rządzi światem istot żyjących. W wierszu W schronie czekając na bombę, czytamy:

Wszystkich otwiera trwoga,
łączy trwoga,
oczyszcza trwoga.

4.

Ciekawe wydają się paralele między Świrszczyńską, a Różewiczem (znali się i cenili wzajemnie), sygnalizowane przez Małczyńskiego, który piszę i tak: „Świrszczyńska z uporem wierzyła, że wierszem można «zbawić ludzkość», a nawet cały świat. Żyła w idealistycznym przekonaniu, iż poezja powinna stanowić domenę przydatności i pomocy”. Hołdowała myśli, że poezja jest wyrazem indywidualnego dramatu, pokłosiem którego jest cierpienie, będące nieoszacowanym źródłem mądrości. A poeta „Powinien być jak pokój, co składa się z samych okien otwartych szeroko na świat”7. Powinien być niczym pudło rezonansowe, przepuszczające przez siebie spazmy i jęki, umęczonego świata ludzi, ponawiających codzienne utarczki z rutyną. Przeczytajmy Moje cierpienie:

Moje cierpienie
jest dla mnie pożyteczne.

Daje mi prawo pisać
o cierpieniu innych.

Moje cierpienie to ołówek,
którym piszę.

5.

Świrszczyńska to poetka, która nie wstydzi się natchnienia, a wiele jej fraz dyktuje anioł gorączki, diabeł maligny. Pragnąca mówić najprościej jak się da, aby jej słowa potrafiły dowartościować i opowiedzieć innym o wzruszeniu i zachwycie, o naiwności i pasji. Poezja ludzkiej biedy, sercem zwrócona ku ofiarom przemocy. Rozedrgana jak ciało w konwulsjach. Pieśni niepowetowanych krzywd, bólu, którego sens pozostaje zakryty, nie do końca dostępny, rzadko kiedy zrozumiały. Wersy autorki Budowałam barykadę odbiera się organicznie. Rezonują wstrętem wobec oprawców. Kanalizują stres bycia człowiekiem – jej liryczne nerwy zerwane są jak z łańcucha psy. W poetyckim świecie Świrszczyńskiej człowiek często redukuje się do czynności podtrzymujących życie. Nieprzerwanie balansuje na cienkiej jak cerata granicy, między otuchą, a rozpaczą. Małczyński: „W jej ujęciu to nie myślenie stanowi źródło i dowód istnienia, lecz samotność oraz nicość w obliczu bezmiaru wyznaczają punkt wyjścia dla wszelkich możliwości wypełniania się człowieczeństwa”. Wzbiera Wiatr:

Ogniu, pal się we mnie.
Krzyku, krzycz we mnie.
Ciszo, milcz we mnie.
Wietrze z czterech rogów świata,
wiej przeze mnie.

Rzeko płyń, chciałoby się dopowiedzieć. Płyńcie słowa, okalajcie naszą bezbronność. Zetknięcie z ziemią odbija się w tym, co piszę, przekonywała Świrszczyńska. Pierwsze zarysy brzmień i treści powstają w transie. Każdy wiersz jednorazowo stwarza sam siebie, swoją poetykę i swojego czytelnika. Poezja jest bowiem jak rzeka. „Wody rzecznie nie zadomawiają się. Wygnane z macierzystego źródła, wiją się po dnie koryta, podlegając jego reżimowi, a w ostateczności uchodzą zeń bezpowrotnie”8.

[Bartosz Suwiński]

1 J. Wybicki, Poezje wybrane, wyboru dokonał i oprac. A. K. Guzek, Warszawa 1982, s. 22.
2 M. Cisło, Muzyka i poezja, „Poezja” 1980, nr 3, s. 9.
3 B. Małczyński, «Boczne odnogi, ciemne jamy…» Studia i szkice literackie, Opole 2011, s. 36.
4 S. Napierski, Wybór pism krytycznych, oprac. J. Zięba, Kraków 2009, s. 89.
5 B. Małczyński, Rozwiązywanie tekstów. Poetyckie polimorfie Tymoteusza Karpowicza, Kraków 2010, s. 235.
6 B. Małczyński, Oczyść swą duszę ze śmierci… Aksjologiczny wymiar twórczości grupy Creation of Death, [w:] Artyści i sceny metalowej (kontr)kultury, red. J. Kosek, Kraków 2020, s. 63.
7 A. Świrszczyńska, Wstęp, [w:] tejże, Poezje wybrane, Warszawa 1973, s. 16.
8 B. Małczyński, Zestrojenia. Szkice o literaturze, muzyce i dobroci, Kraków 2017, s. 116.



Dziewiąta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Adam Zagajewski – Substancja nieuporządkowana

1.

W swojej ostatniej eseistycznej książce, Adam Zagajewski (zmarł w wieku siedemdziesięciu pięciu lat, 21 marca 2021 roku, w Międzynarodowy Dzień Poezji), już we wstępie, przypomina nam, żebyśmy pamiętali o tym, że w każdej społeczności, poza głównymi nurtami, toczy się rozmowa mniej drapieżna (i doraźna), skromna, dotycząca spraw kardynalnych: sensu ludzkiego życia, przeznaczenia człowieka i sztuki, roli literatury i muzyki w pojedynczej egzystencji, związków nowoczesności z tradycją. I zrazu zastrzega, że dawniej wielkość człowieka objawiała się głownie w metaforach, dziś jedynie w faktach. Bo metafory to nie snobistyczne widzimisię, a próby znalezienia miejsca w języku, aby pomieścić w nim tajemnicę, wciąż „twardą jak najtwardsze orzechu”. Bo „Tyle ciszy marnuje się co wieczór. / Tyle jest dźwięków, których nikt nie słyszy”1. A dziś, zamiast poszukiwać substancji, zadowalamy się powierzchownymi relacjami, i za obcowanie z niechlujną rzeczywistością płacimy odpowiednią cenę, nawet, kiedy wiemy, że myślenie nie jest już modne. Zagajewski mówi do nas z miejsca, które w swojej wyobraźni, przypisywał Miłoszowi, kiedy konstatował: „mówił ze spłachetka suchego lądu, nieustannie zalewanego przez fale rozpaczy”2.

2.

Poeta zdaje nam relację ze swojego zachwytu, zwierza się z literackich sympatii i predylekcji, zaaferowany opowiada o muzycznych inspiracjach i inklinacjach, co jakiś czas popadając w momenty zadumy, kiedy próbuję odpowiednie dać rzeczom słowa. O Gałczyńskim powie, że nawet zżymając się na jego światopoglądowe wybory, odzyskujemy mores, w starciu z jego bujną wyobraźnią, od której człowiek łagodnieje. O Julii Hartwig, że jej poetyckie gesty cechuje efemeryczna lekkość, że niepewność wzruszeń dodaje tym strofom odwagi. Bo mowa o poezji dyskretnej i szlachetnej, która prowadzi nas drogą od obserwacji do mądrości, a wiersze odsłaniają się na przebłyski innego porządku, na metafizyczne sfery niedocieczonych zagadek. Czytając wiersze Baczyńskiego, mówi autor Anten, o ich asocjacyjnych gorączkach, o ciężkich febrach fantasmagorycznych wyobrażeń, przywodzących momentami na myśl, nieustająca w ruchu, poezję Juliusza Słowackiego. I jeszcze, że Szymborska stale „poszukuje coraz to nowych przebrań dla lirycznego impulsu”, a literackie wtajemniczenia mogą zacząć się od jednego zdania czy książki. W przypadku Adama Zagajewskiego, momentem akcesji w świat słów stała się edycja prozy Brunona Schulza, wydana w 1964 roku, nakładem Wydawnictwa Literackiego.

3.

Zagajewski pisze również o tym, że muzyka, podobnie jak poezja nie ma adresu. Wydarza się wszędzie, we wspólnym splocie marzeń i tęsknot, jakie przypisują jej żywi: „Co łączy poezję i muzykę? Poezja”3.Poeta mówi dalej, że współczucie nie potrafi niekiedy wyprzeć z obiegu bierności, ale bez niego, świat staczał by się w coraz ciemniejsze kręgi i doły. I, że nie możemy pozwolić – pomimo wszystko – aby opuściła nas radość. A w zasadzie, chwilę drobnych przyjemności, kiedy promienie układają się w jasne, czytelne wzory, a świat sprzyja naszym myślom, troskom i oczekiwaniom. Jak w wierszu Ostatni dzień roku:

Purpurowe słońce wchodzi
między czarne pnie drzew
i dotyka ich poufale.
Gdzieś daleko szczeka pies,
jeszcze dalej rodzi się gwiazda
o nieznanym imieniu.
Świat wydaje się gościnny
i obcy zarazem, ciasny
i nieskończony,
obojętny na przepowiednie.
Cicho suną sanie,
obracają się koła rowerów.4

4.

Najbardziej frapujące momenty w esejach Zagajewskiego, to te fragmenty, w których autor próbuję powiedzieć, czym jest dla niego poezja i jak rozumie jej posłannictwo. Poezja nie ma mocy zmiany świata, ale może łagodzić ciosy jakie spadają na zwykłych ludzi. Żyje na marginesie ludzkich zatrudnień, wydawać się może ryzykowna, nie gwarantuje żadnej stabilizacji, raczej mnoży wątpliwości. Nie jest niezbędna, nie można traktować jej z pragmatycznym nastawieniem, co najwyżej może stać się częścią naszej świadomości i podświadomości. Bo prawdziwa poezja to spotkanie świata wyobraźni z duchem, choć czym jest jedno i drugie, nie wiemy. Wiemy natomiast, że epifanie i impresje są momentami marzenia, a „spotkania z płomieniem sztuki zostawiają coś po sobie”. Dobry poeta to człowiek, który godzi się na własny los i z powagą przyjmuje jego kaprysy. To ktoś, kto nie stawia granicy pomiędzy radością a smutkiem, gdyż te są zwykle nieuchwytne i ruchome. Poeta niesie w sobie muzykę swoich wierszy, z nadzieją, że ktoś znajdzie w jego melodiach, alternatywę wobec tego, co jest. Nie wiemy czym jest poezja, nie wiemy jak zaplanować poruszenia umysłu, drgania serca. Czy ważniejsze jest to co jest, czy to czego nie ma? Pisze Zagajewski: „Poezja ocala przez to tylko, że nie odwraca się od tego, co jest codzienne i powszechne jak chleb, że jest solidarna ze zwykłym człowiekiem, że szuka co prawda tego, co wyższe, ale nie snobuje się na wyższe sfery, zawsze wraca do ludzi i rzeczy pokornych, zwyczajnych”. Uczy dystansu. Ironia pozwala nam nie popadać w nadmierne wzruszenia, zaś każdy moment ekstatyczny, niesie w sobie pochwałę istnienia, bowiem tak działa ekspresja rodząca się z czystej kontemplacji. Nie da się wysłowić sedna sztuki, można co najwyżej, obłaskawiać formę. Literatura wzmacnia fundamenty naszych wewnętrznych budowli, stale powiększa objętość ziemi, składającej się na osobne, pojedyncze parcele, z których dobrze patrzy się w przeszłość. W tym patrzeniu, warto spojrzeć na eseje Adama Zagajewskiego. Przystanąć w Bramie5:

Czy kochasz słowa tak jak nieśmiały czarodziej kocha chwilę ciszy –
już po występie, kiesy jest sam w pustej szatni, w której
płonie smolistym, tłustym płomieniem żółta świeca?

A potem wrócić do domu, posłuchać Mahlera: „To mistrzowski muzyczny portret tego, co to znaczy żyć. Gdyby ktoś nie wiedział, czym jest życie, niech słucha tej muzyki z jej szybkimi zwrotami i zmianami, dramatami, kryzysami i zachwytami, które odzwierciedlają wspaniały, nigdy nieznużony warsztat, jakim są nasze umysły i serca”.

[Bartosz Suwiński]

1 A. Zagajewski, Płótno, Warszawa 2002, s. 64.
2 A. Zagajewski, Poeta rozmawia z filozofem, Warszawa 2007, s. 60.
3 A. Zagajewski, W cudzym pięknie, Kraków 2007, s. 86.
4 A. Zagajewski, Jechać do Lwowa, Warszawa 2009, s. 74.
4 A. Zagajewski, Anteny, Kraków 2005, s. 61.



Ósma odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Yvon Le Men – Tu i tam

Poezja powitań i pożegnań, ostatniego horyzontu, którego cień kładzie się na wszystkim, co nazywamy tu naszym, swoim. Ledwo zarysowującego się światła, po tamtej stronie obecności. Opowieść o pojedynczym słowie, które przecież wypływa ze swojej macierzy, pracuje w nim pogłos przodków, niesie się echo tych wszystkich, dla których służyło. To wiersze przekonujące nas, że w momentach granicznych, w sytuacjach ostatecznych, być może jeszcze tylko poezja, może pomieścić w sobie żal i tęsknotę, radość i rozpacz, życie i śmierć. Gazeta:

Odkąd
odeszłaś
pozostawiając swoje imię

szybko wyryte
na kamiennym nagrobku

twoje ślady
jeszcze pozostały w ogrodzie

odkąd odeszłaś

inni
też odeszli

odnajdując swoje nazwiska
w gazecie

Jeden po drugim
nam mówią

że żyje się między dwiema datami
że umiera się na końcu
duszy
która idzie
wszędzie
gdzie nie ma ciała

na wieki wieków.

Poezja Yvona LeMena to również historia oka goniącego ku kolejnym widokom i twarzom. Wersy godzące się z porami roku. Pozostające w zażyłości z tym, co można zabrać ze sobą na drogę. Bohater tych wierszy idąc, pyta: czy zerwany czas istnienia, zszywa w całość moment śmierci? Czy umieranie jest koniecznością narodzin, czy możliwością życia? Wiersze o tym, że odchodząc, zostawiamy przecież ślady. Opowiadające o ciszy, która mieszka w krzyku. To wreszcie linijki prowadzące nas do ludzi, by wymienić słowo na zrozumienie, spojrzenie na czułość, uścisk dłoni na ciepło, czas na bycie. By być tuż, obok.

Drogę rygluje wiatr
żółte barwy

szaro nasycone

Pływy morskie rzucają się
z całą siłą do rzek

Kto odgadnie jak daleko sięga echo dzwonu w tej dolinie?

[Bartosz Suwiński]


Siódma odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki – Ciało wiersza

1.

O poezji Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego wiele się powiedziało, wiele się napisało. Jest to Lirnik Mazowiecki, z przemyskim rodowodem – nikt zaprzeczać nie będzie. A, że jego rapsody niosą się od łąk po strzechy – wiadomo. Dlatego punktem wyjścia niniejszego szkicu jest próba przeczytania Ciała wiersza, starająca się wyzerować wszystkie oczekiwania czytającego. Czy da się jednak zupełnie zignorować wszystko, co już się w głowie na temat tych wierszy, uleżało? Będę starał się nie spodziewać spodziewanego. Będę próbował zostawić w tyle cały polonistyczny i prywatny sztafaż, starając się porzucić własne przekonania, czy rozpoznania. Chciałbym zaaplikować sobie lekturową amnezję i przeczytać te wiersze tak, jakby się słuchało muzyki po raz pierwszy, kiedy jeszcze nie bardzo wiadomo, co z czym połączyć. Dlatego raz jeszcze chciałbym nazwać i opisać tony i półtony, pauzy i sola, wszystko, co składa się na melodię Dyciowego wiersza. Od nowa. Czasami zerkając w uczone woluminy.

2.

Wiersze mają ciała, receptory poznawcze, czułe czułki odbierające rozmaite sygnały, system permanentnej zmysłowej gotowości na odnawianie postaci znanego, najeżone elektrycznością końcówki nerwowe, połączenia naczyniowe z innymi życio(o)biegami, palące się na czerwono synapsy. Wiersz jest strukturą chybotliwą, jest odpryskiem od rozgrywającego się wewnętrznego dramatu, choć przecież jest on jedynym świadectwem metamorfoz, którym ulega pojedyncza świadomość, wpisana w ciało, zapisana po stronie życia. Tajemnicze są krańce do których peregrynują wersy Tkaczyszyna-Dyckiego, ich przeznaczeniem jest ustanawianie minionego, zapis głosu niosącego refreny. Utwory Dyckiego są jak rumowiska pogruchotanych chwil, z których radość uleciała z pierwszą lepszą kurzawą: „ciemność jest wszędzie tam / gdzie widzisz siebie”. Wiersze pielęgnują pamięć zadr, katalogują doznane krzywdy, są kroniką zranień, gdzie doznane razy, wracają w przesłaniach kolejnych wierszy, odprawiających swoje guślarskie perseweracje, tańce nad gasnącymi ognikami oczu. Tak, by dopełnić miarę smutku, zszyć to, co rozpada się na stronie, pruje w ściegu wiersza. Ostinato psychotycznych wariacji. Piosenka o źdźble:

wiersz psuje się od głowy
kiedy niczego w nim nie ma
nadal więc zgłaszam
zapotrzebowanie na ketrel

i pernazynę cip cip maleńka
niech mi się napisze jeszcze jedna
piosenka cip cip malutka
nie rozmawiajmy dziś o skutkach

ubocznych wiersz bowiem psuje się
od głowy z uwzględnieniem
pozostałych członków przy czym największy
ból sprawia nam byle źdźbło

3.

Język polski to matecznik, gleba gotowa na siew. „Dycki jest archeologiem słowa. Nie chodzi przy tym wyłącznie o to, że sięga po archaizmy, w żadnym razie. Chodzi raczej o to, że poeta ma niezwykłą świadomość słowa, która uwzględnia ich biologię i historię (są one w tych wierszach niczym żywe twory, które mają też swoje historie”)1. „Dycki jawi się wiec jako performer używający poezji, choć przecież jest też arcypoetą, poetą lirycznym jak się patrzy”2. „Poezja Dyckiego opiera się na scalaniu imion”3. Może ojczyzna poety jest równocześnie jego wygnaniem? Przeczytajmy XXII:

dla polszczyzny jestem gotów
zapodziać się w każdym
mateczniku (przymierzam się właśnie
do wierszy Artura Międzyrzeckiego)

4.

Wiersze Dyckiego są transowe i dotykają najbardziej dotkliwych, bolesnych dla egzystencji rzeczy: choroby, tracenia zmysłów, oswojenia własnej świadomości ze swoim ciałem. Mówią o tożsamości, która stale bywa sabotowana przez różne języki, podręczniki, punkty widzenia, oczekiwania. O wymigiwaniu się od roli (społecznej, publicznej, prywatnej) jaką wypada nam podjąć, jak dodatkowe środki, by myśl o debecie była gwałtowna i nie czepiała się nas dłużej. Dycki w sposób wirtuozerski bajdurzy o naszej seksualności, która powoduje, że często zostajemy zredukowani do swoich żądz i pragnień, a podmiot zamienia się we własnego zakładnika, który rozpiera się w zbyt małej celi pogmatwanego umysłu, a frustracje kanalizuje w repetowaniu, powtarzaniu na głos(y) swoich roszczeń i chuci. Wracają echem te same imiona, rzuca się je tu jak zaklęcia, mające ożywić to, co już zasklepiło się w czasie i opadło, po całym fermencie, na dno, zostawiając osad, który zalega i nie pozwala widzieć czysto, choć śpiew niesie się bez jednej fałszywej nuty. („Każda piosnka przebolała, co na usta wschodzi, / Zda się, jakby żałowała, że się na świat rodzi”4). Bo poezja jest jedynym miejscem na ziemi, gdzie niczego nie można oczekiwać, nie wiadomo, co dostanie się w zamian, niepotrzebność wiersza, niepraktyczność jego uposażenia jest wspaniałą odtrutką na pragmatyczne, zorientowane na zysk, czy określone reakcje, działania. Rytualne zwrotki Dyckiego stale odnawiają źródło mowy. Poezja to dla autora Kochanki Norwida ciągłe ponawianie pisania, układanie słów z martwych ciągów, palenie lampek wierszy na nagrobkach zapadłych rymów, na ziemi z kości zzutych przez czas, z wersów i fraz zatartych inskrypcji, z metafor na zetlałych kartkach. Fragment modlitwy:

pierwsze drzwi były pełne brudu
i drugie i trzecie dały się
otworzyć tylko poprzez Pana Boga
który mnie natchnął (to jest

interweniował) pchnął je w związku
ze mną abym dostąpił nieba
wówczas rzekł Pan: „wprawdzie
nie przychodzisz czysty

ale też nikt nie przychodzi do mnie
bez skazy i zmazy oprócz tekstu
(w którym staramy się pokazać od najlepszej
strony) oprócz tej oto modlitwy”

5.

Człowiek jest stale uwikłany w swoje myśli, ciało, w popęd i śmierć, w bycie i niebycie. Historia staje się kłębkiem nie do rozplątania, a przynajmniej, nie da się przy tym nie pobrudzić rąk. Pamięć staje się starą śpiewką, którą tu się powtarza z nową orkiestrą ale ze znanymi instrumentami. W gruncie rzeczy Dycki pisze jeden wiersz, do którego prowadzą liczne drogi i wersy. Częstotliwość i pasmo jego liryki się nie zmienia, a jeżeli już, to są to drobne przesunięcia, semantyczne wahnięcia, lekko podkręcone nadajniki. Dycki to prawdziwy kuglarz. Poeta uników i tricków. Bohater jego wierszy raz jest poważny, choć w swojej powadze stroi miny i dąsy, innym razem – być może się zgrywa – podszywa wszystko ironią, z drugiej strony, kiedy mówi niezbyt serio, ma się wrażenie, że stawka wiersza jest śmiertelnie poważna, i nie wiadomo kto pierwszy odejdzie od stołu, kto pierwszy zamaskuje strach, ukryje przerażenie:

każdy z nas czeka na ciało
wiersza lub na coś
zgoła jeszcze większego

6.

moja matka Hrudnycha
moja prababka Hałapatycha
wszystko mi się rymuje
wszystko zresztą można zrymować

i upiększyć nawet własną
ukrywaną przed Marią gorszość
nigdy jej nie powiedziałem
moja matka banderówka przeszła

przez piekło i ciotka Marinka
siostra Bukity odleciała
w Lisich Jamach tylko ja się
obroniłem dzięki tobie

[Bartosz Suwiński]

1 A. Dziadek, Styl somatyczny – Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, [w:] tegoż, Projekt krytyki somatycznej, Warszawa 2014, s. 92.
2 M. Koronkiewicz, Wirujące talerze. O kłopotach z czytaniem Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, [w:], Fort Legnica, Port Wrocław, Stacja Literatura. 25-lecie Biura Literackiego, red. A. Niewiadomski, J.M. Ruszar, R. Sioma, Kraków 2020, s. 148.
3 J. Momro, Imię i hipostaza, [w:], Pokarmy. Szkice o twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, red. P. Śliwiński, Poznań 2012, s. 92.
4 T. Lenartowicz, Poezje. Wybór, wybrał i oprac. J. Nowakowski, Warszawa 1968, s. 878.



Szósta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Jakub Ćwiek – Topiel

Łobuzerskie wprawki i przyspieszony kurs dorastania. Chłopacka opowieść z wielką wodą w tle, i paroma innymi wątkami. Topiel zaczyna się 4 lipca 1997 roku. Za trzy dni powódź stulecia zaleję Dolny Śląsk i Opolszczyznę, a z mętną wodą popłyną dobytki i gospodarstwa, nadzieje i wspomnienia. „W smrodzie stęchlizny, którego nie dało się wywietrzyć ani pokonać chemią, na wojskowych materacach, barłogach, wsłuchując się w oddechy dzieci, których nie mieli gdzie zabrać, gdzie wywieźć, chociaż były, kurwa, wakacje, leżeli i myśleli. Nasłuchując, czy ktoś skrada się do drzwi, których nie dało się zamknąć na klucz, wpatrzeni w sufity, które jeszcze tydzień temu obiecywali sobie odmalować, pytali się raz za razem: co teraz?”. A woda szła jak po swoje, śmielsza i śmielsza.


To rzecz o chłopcach na skraju lata. O tym, że trzeba mieć odwagę, aby sięgać po najlepsze jabłka. O wakacjach, wracających w snach jak zgrany szlagier. Książka udowadniająca, że nawet największe dramaty, nie zasłaniają swoim cieniem, przepastnych dni nastoletniości, kiedy każde zdarzenie może być początkiem przygody, a ta pozwala zapomnieć o tym, co dookoła, nawet jeśli to uwiera bardziej niż zwykle. O tym, że są ludzie płochliwi jak sarny, i ci pełni furii, zaraźliwej, porywającej. Powieść o tym, że jak nam niczego nie brakuje, zawsze chcemy więcej, i że być może, nic bardziej nie boli niż pamięć pierwszych rozczarowań. O tym, że ludzie i tak wrócą na swoje, chociaż tutaj wypaczone drzwi i okna, meble pokryte szlamem, odłażące tapety, myśli w których stoi woda. Człowiek przecież zawsze gdzieś wraca i ma do wykonania pracę. Nawet kiedy pytanie o jej sens, pozostaje bez odpowiedzi.


To w gruncie rzeczy powieść formacyjna, w której Ćwiek, opisuje nastolatka. Kogoś, kto wciąż wstydzi się dziecka w sobie, ale dorosłego nadal po sobie nie znajduje. Proza zawadiacka, gdzie dramatyczne zdarzenia, stają się tłem dla pierwszych inicjacyjnych wprawek, jakie pojawiają się w życiu dorastających chłopców. To również zdania o nostalgii za latami 90-tymi, ich obyczajowością i codziennym kolorytem. O strachu pomieszanym z ekscytacją. O tym, że świat opiera się na przypadku, który tłumaczymy myślą, słowem, uczynkiem. To już trzydziesta książka Ćwieka, który w swojej twórczości meandruje od fantastyki po bajki dla dzieci. Ciągle konfrontuje się z rozmaitymi poetykami, celuje w nieoczywiste stylistyczne wisty, swobodę popkulturowego szczegółu, rodzaj sztubackiej dezynwoltury. Topiel to zapowiedź nowego otwarcia. Już wkrótce: Drelich. Prosto w splot.


[Bartosz Suwiński]



media/img/grafiki/topiel.jpg

Piąta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Piotr Szewc – Tymczasem

Wiersze Piotra Szewca nie są nachalne, ani nie epatują prywatą, choć prawie zawsze wyrastają z tego, co najbardziej osobiste: zawiązywania paktu z losem, wysycania zmysłów, formowania charakteru. Ich przestrzenią jest prowincja, stojąca jakby z boku głównych nurtów, trwająca siłą niewzruszonych przyzwyczajeń i odwiecznego porządku. Świat tych wierszy bywa niezwykle plastyczny. Sprawia wrażenie nieokiełznanego, jakby dalej trwał na uboczu, wydarzał się w bocznej odnodze czasu. Czytając tę poezję, często mam wrażenie, jakby strofy Szewca były odlane w bursztynie, zostały unieruchomione w przeszłości, w całej swoje krasie, w samym centrum tamtych zdarzeń, jakby wrzawa życia zastygła, w magmę wiersza, na zawsze. To wersy na wskroś intymne, ułożone i odleżane, otwierające przed nam przeszłość zamojskiej ziemi, której smak, zapach i ciepło, wciąż w sobie noszą i przechowują. Przeczytajmy Przetak:

Jakim imieniem krowa Raba zapisana była
w dokumentach dlaczego kolega dziadka pan
Wawryn wrócił z Ameryki do Sitna można
załatać powygryzany przez myszy przetak
ale kto mi zaceruje pamięć ze ściętymi drzewami

runął pejzaż na ulicy Młyńskiej nie ma ściany
pod którą sąsiedzi wyrzucali popiół zostały
resztki ułomki urwana między porzeczkami
ścieżka skarcony za złą odpowiedź uczeń opuścił
głowę dusze szepczą chmury milczą

Nostalgia jest charakterystyczną nutą w poezji Szewca. Organizuje pracę pamięci, ocala obrazy z gruzów dzieciństwa. To wiersze kruche i delikatne, w których plątają się dawno zapomniane głosy. Szewc dba, aby stale podsycać ogień melancholii, który nieprzerwanie trawi jego wersy (sporo z nich przywodzi na myśl kreski Józefa Czapskiego). Tęsknota za czasem dzieciństwa i młodości, gdzie wszystko było pierwsze, nowe, kiedy wytyczało się dopiero ścieżki, do miejsc jeszcze nieznanych, to sprawy najbardziej zajmujące bohatera tych strof, podzielonego na życie dawne, lublinieckie, i obecne, warszawskie. Niestrudzenie wciąga go przemijanie, zanikanie, znikanie, odchodzenie. Wszelkie formy minionego. Czytamy Sagan pana Kawy:

Wysoki i pękaty, stał na rozgrzanych fajerkach węglowego pieca. Mocny,
jak przystało na naczynie z żeliwa. Pan Kawa parował w nim ziemniaki
dla kur i świń. Zaglądałem do niego, wąchałem pachnące ugotowanymi
łupinami wnętrze. Ja rosłem, a on wciąż był taki sam. I jest nadal, choć
nie ma pana Kawy ani tamtego pieca. Trzymam się ucha sagana, a może
to ucho mnie trzyma, bym zachował jego kształt i chropawą pod palcami
dziecka skórę.

Świat u Szewca jest prosty w swej powtarzalności, a przyroda surowa. Człowiek pozostaje tu w stałym uścisku z krajobrazem, a poeta jawi się jako strażnik pełniący cichą warte nad krzątającymi się po wierszach ludźmi, zajętymi dziennymi sprawunkami, zaabsorbowanymi wieczorną modlitwą. Bezsprzecznie porą tych wierszy jest jesień, kiedy lato już prawie się skończyło, ale na dobre nie wyczerpało światła ze wspomnień. Jeszcze kartofle wygrzebuje się z żaru, dym szczypie w oczy, palą ogniska, drzewa rzedną, ptaki odlatują, zwierzęta robią się senne, nadchodzi letarg i czas kurczy się w sobie. Ale na wsi wszyscy zaaferowani sprawami mniejszymi i większymi, bo jeszcze sąsiedzi gadają o świecie, na podwórkach krzątają się zwierzęta, domy stoją wiernie jak psy, tylko czasem dach trzeba załatać, oporządzić obejście. Mgły snują się polami i wilgoć ciągnie do domów. Furmanka terkocze w oddali. Zmierzch rozciąga swoje ojcowskie ramię i wszystko cichnie. Sąsiedzi wpisani w codzienny znój. Wszystko jak zwykle. Na strychu zapomniane klamoty, w studni na podwórzu, niewzruszona woda. Kluczą krewni, zaglądają bliscy. I starka – wierna i oddana wnukowi. Babcia jest fundamentem tych obrazów, fotografii wywoływanych z nieistnienia. Wielka szpula:

Popatrz babciu czas toczy się jak wóz
po drodze do Sitna szczęśliwy Pimpek
biegnie obok weźmy panią Baronową
póki nie umarła może powie nam coś
ciekawego wiśnie kwitną i siąpi listopadowy
deszcz w mroźny poranek lśnią płozy sań
opartych o stodołę tam je kiedyś zostawiłem
wielka szpula owija się rzeczami dnia
codziennego jedno się klei drugie strzępi
trzecie urywa dawne miedze zaorane jabłonie
uschły między nimi włóczą się cienie głodnych krów

Być może w poezję Szewca wpisana jest nieredukowalna tęsknota za sobą (kimś) z przeszłości, za młodzikiem, który doświadcza wszystkiego po raz pierwszy, czysty, nieskrępowany oczekiwaniami, wolny od wiedzy, swobodny w działaniu? To wiersze o wielkiej pustce po nieobecnych, której nijak nie da się niczym zasypać. O samotności. Rozmowach, spotkaniach, urwanych słowach, ścieżkach, oddechach. O mijanych ptakach – świergotliwych strażnikach naszych poruszeń. Ale również o ascetycznej, warszawskiej egzystencji, ograniczonej do podstawowych gestów artysty: uważnego wypatrywania zdarzeń, wyłapywania nowinek pomieszanych ze wspomnieniami, luźnych obserwacji, wskrzeszania przeszłości, dotrzymywania kroku teraźniejszości. Szewc chodzi, patrzy, słucha. Ucieka w zapachy, sny, modlitwy. Łódź kaliska będzie na to dobrym przykładem:

Rozkołysana gałązka na niej
ptak wystarczyłoby a tu jeszcze
droga auta za szlabanem domy
duże i małe niebo bezchmurne
zielono świetliście wszystko
cały świat prawie

Poetycka technika Szewca polega na szybkim montowaniu kadrów. Wiele wierszy to niby dialogi, rozmowa wnuka z babcią, poety z przyjaciółmi. Dwa głosy prowadzone przez wersy jak pług przez pole. Szewc często zapisuje jakby logoreę z przeszłości. Jego głos to w dużym stopniu strumień świadomości, dla którego przeszłość jest początkiem i jednocześnie końcem. Poeta swojej ziemi, Padołu Zamojskiego, wierny jego geografii i formie. Rzadko wyciągający z rąk album rodzinny. Nie kryjący emocjonalnego przywiązania do niego. Zakorzeniony w rodzimym, rdzennym krajobrazie. W linearnym czasie (wszystkie jego wiersze opatrzone są datą roczną, w niektórych wypadkach poeta dopisuje również dzień i miesiąc), stale uprzytamniającym kurczący się horyzont. Wbrew pozorom, w swoich wierszach, Piotr Szewc nie wraca do domu w Czołkach. On stale ma go przy sobie – bezpieczne okolice przeszłości. Mówi: mam na imię Świadek.

[Bartosz Suwiński]


Czwarta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Olga Hund – Psy ras drobnych

Zaczyna się tak: „Najpierw spadł śnieg i byłam bezradna”. Czas płynie teraz boczną odnogą, jest trochę tak, jak w Nocnym promie do Tangeru: „Czas biegnie tu dziwacznie wykrzywionymi torami. Są takie dni i noce, że za chuja nie wiesz, ani gdzie się znajdujesz, ani która godzina. Ludzie przychodzą i odchodzą”1. Trafiasz pod adres, by poszukać siebie. Miejsce: szpital psychiatryczny w Kobierzynie2. Diagnoza: pogarszający się stan psychiczny, depresja, samobójcze myśli. Objawy: zaleganie w łóżku, ogólny bezwład. Postępujący spadek energii, apatia. Może i takie refleksje: „Czasem myślę, że mogłabym się odnaleźć w świecie po apokalipsie. Puste, zielone lasy, drzewa, którym będę mogła nadać nowe, łatwe do zapamiętania nazwy. Czasem tylko jakiś pojedynczy, zagubiony człowiek na stacji kolejki podmiejskiej. Być może pomachamy do siebie albo odwrócimy wzrok, spojrzymy w inną stronę”3. A może niezborna gonitwa słów, nie układających się w żadne znaczenia?

Póki co, ludzie. Jednak. Z wyrwami w myślach i biografiach. Okaleczeni własnymi, nachalnymi myślami, do których nie sposób się przekonać. Nie identyfikujący obrazu w witrynie z sobą. Dotknięci smutkiem. Wielorakim. Z wyciągniętą ku sobie ręką, z medykamentami. Szukający siebie w lustrach. Trzaskających lustra w sobie. O zrezygnowanych spojrzeniach, zmęczonych słowach, odroczonych planach. Słyszący w słowach otuchę, a w głosie widzących przepaście. Ich ciała idą dalej, a głowy rezygnują, nie chcą im towarzyszyć. W oczach mają studnię z mętną wodą. „Wołają: obiaaad! Wlokę się na ten obiad jak na wszystko tutaj i jak wszyscy, bo na chuj się spieszyć?”.

„Ludzie myślą, że mężczyźni na oddziałach psychiatrycznych piszą poezję i traktaty filozoficzne albo siedzą za wywrotowe myślenie i działalność opozycyjną. Myślą też, że na oddziałach psychiatrycznych znajdują się tylko seryjne morderczynie, wiedźmy, mówiące językami szeptuchy, chore na pląsawice i wściekliznę potomkinie zwierząt urodzone z zębami i szóstym palcem. To też. Ale większość dziewczyn na oddziałach nie jest aż tak szalona i pamięta, co robili im ojcowie, wujkowie, mężowie, matki, co robił im Kościół, ZUS i rynek pracy”.

Ludzie zastygli w swoich pozach, nie potrafiący znaleźć odpowiednich furtek do rzeczywistości. Niejednokrotnie nie nadążający za wymaganiami i zmiennymi okolicznościami rynku pracy. Poważnie zniechęceni do świata. Ludzie nie wpisujący się w powszechne normy, często rozczarowani bliskimi, nie mniej niż sobą – światem, nie bardziej niż innymi. Szpital psychiatryczny staje się miejscem uniwersalnym, zanurzonym w codzienności uczuć i rozczarowań, poplątanych historii, ludzkich nieszczęść i tragedii. Ta proza pokazuje nam człowieka i siły destabilizujące jego umysł, plątające myśli i kroki. Świat, w którym przepaść między oczekiwaniami, a stanem dzisiejszym stale się powiększa. Gdzie aspiracje okazują się nie korespondować z możliwościami, gdzie ambicję, w konfrontacji z rzeczywistością, okazują się mrzonkami. Podobne rozczarowania przeżywa bohaterka opowiadania Natalki Suszczyńskiej: „Postanowiłam znaleźć sobie jakieś zajęcie. Sporządziłam listę wszystkiego, co mnie kiedykolwiek interesowało. Długo na nią patrzyłam: im dłużej, tym mniej mnie interesowało to, co mnie kiedykolwiek interesowało”.4

„Nasze zajęcia to omamy, fobie i smutki. I kombinowanie fajek. Różne transakcje. W całym szpitalu wali handlem. Ukraińskie papierosy za grosze, sprzedawanie ubrań, wymiana soków i mandarynek.
– Chcesz takie coś? Za fajkę?
– A co to jest?
– …no nie wiem, takie coś.
– Ale co?
– No, takie coś, nie wiem.
– Aaa! Takie coś do czegoś? Pewnie”.

Olga Hund pisze, że rozpacz może się nas trzymać tak mocno, jak firanka na solidnych żabkach. Opowiada świat ludzi kruchych jak faworki. W których wirują wściekle melancholie, podczas długich godzin, wielu miesięcy, nawet lat. Że czasami mówi się tylko dlatego, że ktoś jest pod ręką, a jedynym reflektorem, który roztrącić może mrok, są w ostateczności, nasze oczy.

„– Bo co to jest szaleństwo? Ta psychiczność? To my przyszłość na wolności wszyscy tak samo popierdoleni, prawda, jesteśmy, tylko tu się, pani Olgo, rozchodzi o to, jak se ktoś radzi z tym, no, rozczarowaniem. Czyli wtedy, jak ni chuja nie dostaje tego, czego chce. I jak się spokojnie rozczaruje, to zdrowy, a jak pokaże, ze jest rozczarowany, przykładowo, wyjebie we wiatę przystanka, a akurat patrol będzie jechał, to już psychiczność”.

Nasze słowa nie zawsze mają z nami wiele wspólnego. Kiedy myśli stają się zagrożeniem dla równowagi, rzeczywistość staje się pułapką. Na co przekładać to, co w sobie nosimy? Czy kamienie zawsze biją rykoszetami? „koniec wyprawy. mnie nie //// nastaje cisza”5.

[Bartosz Suwiński]

1 K. Barry, Nocny prom do Tangeru, przeł. Ł. Buchalski, Warszawa 2020, s. 89.
2 Jeżeli ktoś chce zbudować dla tej prozy kontekst, warto zajrzeć do Zapisków z domu wariatów, Christine Lavant.
3 E. Karlsson, Linia, przeł. D. Górecka, Warszawa 2020, s. 90.
4 N. Suszczyńska, Dropie, Kraków 2019, s. 158.
5 A. Mochalska, nie mam pytań, Łódź 2020, s.


Trzecia odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Trzecia odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego. Dziś dr Suwiński pisze o książce pochodzącego z Prudnika Waldemara Jochera PIEŚNI (do_)_ WIDZENIA. Zapraszamy.

Waldemar Jocher - PIEŚNI (do_ _)_ _WIDZENIA

1.
Na poetycką suitę Waldemara Jochera, najwybitniejszego dziś eksploratora lingwistycznych map Krainy Języka i Mowy, podejmującego drogę wydeptaną przez Witolda Wirpszę – którego wersy określają jedno z pragnień poety z Łąki Prudnickiej: „czystość zachwycenia dać może tylko / Spożywanie wytworzonego własnym wnętrzem / Niedostępnego towaru językowego bez słów”1 – składają się dwie części: Pieśń płytka i Pieśń płytsza. Niech obracają się na szpuli.

2.
„W destrukcję języka nie wierzę. Łatwiej się porwać z motyką na słońce niż z poetyckim eksperymentem na kod językowy. Zdanie rozpadowe w wierszu ma zawsze znaczenie lokalne, stanowi zakłócenie sensu, na czym widocznie autorowi zależy”2. Jocher wierzy w powtórne wiązanie. W redukcję prefiksu w słowie anty(- -)wiersz. W morfem stający się totemem. Niech kręci się taśma. A ćma leci do popiołu.

3.
Dzieło sztuki – zwracał naszą uwagę Wirpsza – jest mądra strukturą. Powstaje w panice i popłochu, jest przeciwieństwem artystycznego wyrobu. Jest „Ucieczką, w czasie której zgubić należy wszystko, co w zaprezentowanym temacie jest pozamuzycznego, co jest stereotypową nieczystością, co bruka artyzm”3. Tak ucieka Jocher – b a r o k i e m. Krok (za) krokiem. Przeciwko nawykom. Dyktatowi znajomego. Odbijając lakier na patefonie. A pod igłą się obraca. Czy temat przewodni wybucha jak raca w słowie raca?

4.
„Do istoty każdego słowa należy zwykle szeroki zakres znaczeniowy. Jest on tajemnicą języka. Język zaś dopuszcza, po pierwsze, że można go zdegradować tylko do systemu znaków, jednakowo przez każdego używanych, i przyjąć jako obowiązujący; po drugie, że w jakiejś wielkiej chwili język powiada jeden jedyny raz coś wyjątkowego, coś niewyczerpywalnego, ponieważ zawsze jest to początkowe i dlatego niepodatne na żadną redukcję”4. Ta druga możliwość to marzenie Jochera! Odnaleźć pierwsze nagranie autorskie, znane dotąd z opowieści asystenta.

5.
„Najogólniej rzecz biorąc, sądzę, iż wszystko, co w człowieku jest specyficznie ludzkie, przynależy do logosu. Nie jesteśmy w stanie snuć naszych rozważań w rejonach które wyprzedzałyby mowę”5. Wszystkie wersy Jochera razem wzięte są dowodami w tej sprawie. To świadkowie w procesach słowa. Mowy w stanie oskarżenia. „Język Winkelriedem SENsu!” – da się usłyszeć z sali.

6.
„Miłość, wiosna, każda piękna melodia, góry, księżyc, morze – wszystko przemawia człowiekowi do serca raz tylko: jeżeli w ogóle kiedykolwiek dochodzi całkowicie do słowa”6. Skryte, Jocherowe tęsknoty, w tych słowach mają swoje lustra. Patrzą sobie w oczy.

7.
„Naprawdę nikt nie patrzy słońcu w twarz: ludzki wzrok przed nim ucieka… czaszka Boga rozpada się… i nikt tego nie słyszy”7. Myślę, że podobne zwątpienia przeżywa bohater wierszy Jochera. Pod niebem wypranym z barwy.

8.
Na jednym oddechu: „głos długo unosił się w powietrzu nieoparty o nic / wrósł we mnie, pruł wątki, znajdując w martwych trwanie”8. Tom wierszy Jochera zaczyna się mottem z tej poetki. W ich lasach, wilki, noszą podobne kapturki.

9.
Źrenica oka to szczelina, a raczej fuga, skupiająca wiązki światła. W sylwetkach cieni niosą się tu widzenia. Zobaczyć, to nie jest to samo, co widzieć. W tym pierwszym jest już zdziwienie i akceptacja. W tym drugim, olśnienie i zrozumienie jeszcze się nie zasklepiły. Co w i d a ć w spojrzeniu Waldemara Jochera? Czy jego obietnice spełniają się wyłącznie poprzez język? Poeta chciałby zszyć formy słów z kształtem mowy. Znaczenie połatać z powierzchnią języka. Uczciwie opisać rzeczywistość, być dla niej odpowiedzią, a nie podłożyć wiersz w jej miejsce. Opisać co i jak:

ustronie zakopać od nowa. nikt tak nigdy nie mówił,
tuląc wargi jak śnieżne kule, malejesz im więcej
zdobywasz dźwięków. śnij mi i śpiewaj psalmy
nowe/stare


10.
To opowieść o człowieku wyrzuconym poza (nawias) źródła. Potyka się o rozbite symbole, koczuje na gruzach znaczeń, nie może przywyknąć, że słowom odebrano przeszłość, a te, co pozostały, odstręczają pustką, bo nie mieszka już w nich głos. Równania w dół, okazują się bardziej opłacalne, niż te w górę. Teraz jest jest: szemrane, przechodzone, poniechane. Profetyczny ton niesie się po tym pustkowiu wizją kresu, walają się kości. Nie ma skąd brać słów – oderwane od ciszy, wchodzą w swój mrok. Czy ci co unikają wzroku, zaznają wytchnienia? „puste oczy z martwych / piją ust”. Tam, gdzie płynęły melodie, ostał się hałas, wrzask, zgiełk. Nie ma już podziału na jasność i ciemność. Jest tylko jeden kolor – ziemski. Rozpada się związek ducha z prochem. Pozostaje piasek, ziemia, grunt. Kołacze się echo – niewiele dobrego uczyniliśmy sobie. I wraca tymi wierszami do ust, w których grzęzną kamienie. Troska o życie nie spokrewnia się już z człowiekiem. Choć ten może w kółko mówić… ale czy ktoś go jeszcze słucha? Trajkoczące trajektorię zagłuszają eter wysokich lotów. Ludzie okrążają końce, nim te, na dobre się nie zaczną. Rana z nami od rana, nie zabliźni się bliźnim, ten mówi do nas nara. „w gruzy wpycham język, // słaniam się i zasłaniam”.

11.
„Nigdy nie zobaczę swoich siatkówek, ale jest dla mnie rzeczą pewną, że w głębi moich gałek ocznych można znaleźć te bezbarwne i sekretne membrany”9. Jocher zapisuje ich drgania pod wpływem fal dźwiękowych. Wytwarza fale w wyniku pobudzania. Do drgań. Od grani. „rytm, bit i czkawka. rytm, bit i czkawka. rytm, bit i czkawka. rytm, bit i czkawka”.

12.
Ta poezja opowiada o jutrze. Ludzie, replikanci, transhumanoidy. Głos, który nie reprezentuje żadnego punktu widzenia. Twarz pozbawiona osobowego wyrazu. Wypaczone wartości, z których zostały ości. Walające się po kubłach, jak nieużyteczne protezy mowy. Język sprowadzający słowa do dźwięków, szumów, niezrozumiałej artykulacji. Rozmywający sens, rozwadniający znaki. Treści sprowadzone do ich graficznych reprezentacji. Zanik mowy. Erozja emocji. Unifikacja nastrojów, poglądów, zainteresowań. Skanowanie kodów nie odsyłających do żadnych towarów. Transfery danych od nikogo do nikogo, w chmurze, z której nigdy nie spadnie deszcz. Słowa od których odgradzać będą słuchawki w uszach. Komunikaty nie potrzebujące odbiorcy. Treści nie posiadające adresata. Żywe oblicza w martwej epoce. „prawdopodobieństwo nadejścia lądu z nieznanego kierunku dotyczy zbioru gleby”. Niech nam ziemia… „kim jesteś, skoro nie będziesz?”.

13.
„Poezja bowiem nie powstaje jako przekład wyobrażenia o charakterze wizualnym, pierwotnego w stosunku do tekstu; jest zapisem wewnętrznego głosu, równoczesnym do jego formułowania się, jest stenogramem podświadomości”10. Waldemar Jocher jest spadkobiercą nadrealistów, ale nikt nam o tym jeszcze nie powiedział. Kogo spotkamy przy jego stole?

[Bartosz Suwiński]

1 W. Wirpsza, Nowy podręcznik wydajnego zażywania narkotyków, Poznań 1995, s. 39.
2 A. Ważyk, Gra i doświadczenie. Eseje, Warszawa 1974, s. 42.
3 W. Wirpsza, Gra znaczeń. Szkice literackie, Warszawa 1965, s. 238.
4 M. Heidegger, Co zwie się myśleniem?, przeł. J. Mizera, Warszawa-Wrocław 2000, s. 178.
5 G. Bachelard, Fenomenologia obrazu poetyckiego, [w:] tegoż, Wyobraźnia poetycka. Wybór pism, wyboru dokonał H. chudak, przeł. H. Chudak, A. Tatarkiewicz, przedm. J. Błońskim Warszawa 1975, s. 365.
6 F. Nietzsche, Ludzkie, arcyludzkie, przeł. K. Drzewiecki, oprac. R. Mitoraj, posł. P. Pieniążek, Kraków 2004, s. 262.
7 G. Bataille, Doświadczenie wewnętrzne, przeł. O. Hedemann, Warszawa 1998, s. 104.
8 B. Rolando, Ostańce, Poznań 2020, s. 29.
9 M. Merleau-Ponty, Widzialne i niewidzialne, tłum. M. kowalska, J. Migasiński, R. Lis, I. Lorenc, wstęp, tłum. przejrzał, poprawił J. Migasiński, Warszawa 1996, s. 150.
10 S. Jaworski, Między awangardą a nadrealizmem. Główne kierunki przemian poezji polskiej w latach trzydziestych na tle europejskim, Kraków 1976, s. 68.

media/img/grafiki/Piesni-do-widzenia_.jpg

Druga odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Tym razem dr Suwiński pisze o książce Wojciecha Bonowicza "Tischner. Biografia". Zapraszamy. LEKTURNIK dostępny jest także na naszej stronie internetowej oraz fan page Biblioteki Publicznej w Prudniku.

Wojciech Bonowicz - "Tischner. Biografia"

W pierwszej kolejności, to książka o samym życiu i jego nieotamowanych możliwościach. O kontemplacji, która porządkuje wysypisko, jakie rutyna i codzienność, robi nam z głowy. To książka o myśleniu i jego służebnym charakterze. O otwieraniu horyzontów dla tego, co jest nam dane w swoim istnieniu. O tym, że światło poznać po cieniu.

Bonowicz rekonstruuje drogę myśli i życiowe wybory autora Myślenia w żywiole piękna i pokazuje, że ciągły namysł, jest ćwiczeniem w pogłębianiu własnej wrażliwości, kontradykcją wobec murszenia i stagnacji. Tischner przez całe życie starał się odkrywać siebie w innym i innego w sobie. Budował wspólnotę ludzi myślących, otwierających się na drugiego, by w dzielonych razem słowach, szukać wspólnych sensów. Uczył, że wolność życia polega na tym, że daje ono szanse skierowania go, na wyższe, niż ono samo wartości. W doświadczeniu ludzkim widział wiele niewiadomych – cierpienie, któremu uchylają się tylko kamienie. O człowieku mówił, że aby go zrozumieć, koniecznie trzeba dzielić z nim jego niepokój. Upominał się o dialog i komunikację, o wspólnotę, w miejscu instytucji. Uczył na nowo nabierać ochoty do życia, którą stłamsiła rutyna. Pokazywał, że bycie równocześnie tyle samo zasłania, co odsłania. „Człowiek, jak wszystko w przyrodzie, dojrzewa wtedy, gdy zaczyna – czytamy w szkicu "Wiązania nadziei" – przynosić jakiś o w o c”.

Tischnerowie robili powrozy. Józefa wydała ta sama ziemia, co Goszczyńskiego, czy Tetmajera – Podhale. Ma trzynaście lat i podejmuje pierwsze próby literackie. Powie: „Po wojnie rzucaliśmy się na wiedzę jak spragnieni na wodę”. 19 czerwca 1950 roku zapisuje się do seminarium, siedem lat potem trafia na Romana Ingardena i na filozofii będzie zgłębiał pisma Husserla. I…

Polifoniczna opowieść Bonowicza, z każdym rozdziałem, nabiera na sile, wciąga w swe kaskadowe rytmy, próbuje sprostać żywiołom. Tischner był życiem i pomagał być bardziej wolnym. Nie zostawił po sobie prawie wcale następców, podobny trochę do Norwida, wykuwał swą myśl w niewzruszonej skale, ale był wierny swoim przekonaniom, do końca. Zwykł mówić: „Złego kościół nie naprawi, dobrego karczma nie zepsuje”. I głosił: „Polska buduje się wtedy, kiedy w człowieku buduje się człowiek. Polska ginie wtedy gdy w człowieku ginie człowiek”.

[Bartosz Suwiński]


Pierwsza odsłona "Lekturnika".

Bartosz Suwiński zaprasza na autorską rekomendację lekturową.
Pierwsza dotyczy prozy Roberta Pucka.

Robert Pucek – Zastrzał albo trochę

Nowa proza Roberta Pucka jest febrycznie intensywna i rezonuje brudem, na który nie ma dobrych detergentów. Opisywany przez autora współczesnych bestiariuszy, o tezaurusowych inklinacjach świat, to suma niepowodzeń ludzi pognębionych przez czas, doświadczonych znojem i chorobami, wykolejonych własnymi nałogami, szczującymi ich jak wściekłe psy, ujadające od byle huku. To kosmos spraw dotkliwych, bo beznadziejnie przegranych, gdzie o fiasku starań chce się zapomnieć wraz z kolejną kolejką. To rzecz o widmach wyłaniających się z cienia i o cieniach, goniących za widmami. O metafizycznych miazmatach na dnie berbeluchy.

W tych delirycznych opowiadaniach widzimy świat ludzi, znajdujących we wspólnej, zgranej do cna, codzienności, momenty wytchnienia od suflowanej w kółko beznadziei, cepowatego braku perspektyw od ciemnych horyzontów, gasnących jak niedopałki wspomnień, świszczącego na wietrze obucha, gruchotanych kości, by ostatecznie uczepić się smużki dymu z sąsiedniego komina. To notoryczne ucieczki od skacowanej degrengolady, wypatrującej własnego końca do skacowanej degrengolady, wypatrującej własnego początku.

To proza bardzo uczciwa, dojmująco odpychająca, a przy okazji orbitująca wokół światła. Tak jakby Ci wszyscy opisywani przez Pucka ludzie, wychodzili w końcu ze swoich ciemnych uroczysk, na przesieki. Pisarz posługuje się frazą gęstą, skołtunioną wulgaryzmami, gdzie knajackie bajdurzenie zderza się z erudycyjnym refleksem, natchnionym popisem. Gdzie rynsztokowy ustęp, na moment epifanii, zamienia się w agorę, o greckim rodowodzie.

Literatura Pucka udowadnia, że w gruncie rzeczy, zawsze jest już po wszystkim, a owo nic, którym gospodarujemy, ubieramy w szaty premium, na przekór przeciwnościom. Zjazdy i detoksy wymieniają się z nadziejami i łomotami serca. To proza mająca temperaturę szczytowej maligny, urok steranej życiem kobiety, w której gaśnie dawny blask, ale w chwale jej dni! Przewracamy się tu o stosy petów, bo te przypominają wydmy, a z pustych butelek, moglibyśmy skonstruować rusztowanie dla jakiejś tam Skajtałer. W ostatniej dekadzie nie czytałem bardziej czułej, dyktowanej trzewiami, marskością wątroby, pijackimi omamami, ogarkami nadziei, i knotami zmierzchu, prozy. Z tą prozą jest jak z kieliszkiem, można się nie zatrzymać. Gałęzie świerków mogą trzymac się tu za ręce, a klon może prosić o jałmużnę. „O co żebrał klon? Może o ptaki, które niedawno odleciały, a może o to, o co żebrzemy wszyscy”.

[Bartosz Suwiński]

oprawa graficzna: Karol Stolarek

Lekturnik - dziennik lektur, notes wrażeń i zachwytów, pamiętnik słów. Miejsce, gdzie przecinają się ścieżki ludzi i liter. Czytanie rozumianej jako najlepszy sposób pogłębiania człowieka w sobie. Horyzont lektur i oczekiwań, stale otwarty na głosy. Laboratorium prawdziwych i fikcyjnych symulacji. Osobne i osobiste rekomendacje książek, które pozwalają nam lepiej rozglądać się po świecie i sobie. Przekonanie, że literatura to nieustanna lekcja wrażliwości - wychodzenie ku temu, co pojedyncze, jedyne, żywe. Ciągle ponawiane próby krygowania własnych oczekiwań i otwierania się na nieznane. Konteksty w których można donosić znaczenia dalej. Treści przepisane z wewnętrznych map.

Bartosz Suwiński, autor "Lekturnika"

O autorze:

Bartosz Suwiński, ur. 1985 roku w Kępnie. Poeta, krytyk literacki, doktor nauk humanistycznych. Adiunkt w Instytucie Nauk o Literaturze Uniwersytetu Opolskiego. Poezję, prozę, szkice krytyczne i artykuły naukowe drukował m. in. w „Twórczości”, „Odrze”, „Toposie”, „Frazie”, „Zeszytach Literackich”, „Polonistyce”, „Rzeczpospolitej”, Tygodniku Powszechnym”, „Nowych Książkach”, „Kwartalniku Artystycznym” i wielu tomach pokonferencyjnych. Opublikował tomy poetyckie: „Sehir” (Nowa Ruda 2010), „Bliki” (Warszawa 2013), "Odpust" (Gniezno 2013) „Uroczysko” (Poznań 2014), „Wyraj” (Szczecin-Bezrzecze 2017), i „Bura. Notatnik chorwacki” (Szczecin-Bezrzecze 2019) Nawie (2020). Monografię: „Pory poezji. Koncepcja czasu w twórczości poetyckiej Krystyny Miłobędzkiej” (Kraków 2017), „Anegdota o istnieniu. Poezja Haliny Poświatowskiej” (Kraków 2020), oraz książkę z esejami: „Po tej stronie rzeki. Szkice o poetach znad Odry” (Opole 2017) i wybór wierszy Jana Goczoła („Kosturem po korze”, Poznań 2018). Mieszka w Bystrzycy Kłodzkiej.

Na działanie literackie "Lekturnik" zapraszamy w każdy czwartek o godz. 17.00 (począwszy od 4 lutego 2021).

Fot. Sebastian Mikoś

Oprawa graficzna: Karol Stolarek

Baner Baner Baner Baner Baner Baner Baner Baner Baner

Nowe zdjęcia

WięcejPlus