Logo

Dwudziesta trzecia odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego


Denis Johnson – Syn Jezusa

1.

Obskuranckie przedmieścia (gdyby chcieć powiedzieć o tej twórczości współczesnymi kontekstami, to tak jakby bezkompromisowość Todda Solondza zawarła chwilową znajomość z lirycznymi dołami Lany del Rey), roztaczające zapach starego oleju. Podupadli wewnętrznie i psychicznie ludzie, zmagający się z własnymi nałogami, z godziną, w której odzywa się głód. Pomazani palcem przegranej. Autor (znakomitych!) Snów o pociągach, kadruje świat marginesów, pozbawiony miejsca na coś więcej, niż czubek szpilki. A przy tym jakoś odświętny, opowiadający o człowieku, który stracił azymut, nie potrafił sprostać własnym wobec siebie oczekiwaniom, zawiódł ambicje innych i swoje, znalazł się w złym miejscu, w złym czasie. Ale z upadkiem mu do twarzy. Jest oporny nawet wobec deszczu, który szybkie makijaże goni miedzy kanalizacyjne kratki. Zostają zawsze knajpiane lady w tłustych plamach. „Lokal był długi i wąski, przypominał wagon towarowy w drodze donikąd”. Resztki drinków niedopite w zlewach. Pety wypadające z popielniczki. Abstrakcyjne projekcje i przypadkowe wpadki. Martwy seks może pachnieć chłodnią, gdzie długo po terminie terminują półtuszki. Wszyscy nakręceni, w pół słowach, w zaszłościach, niedomkniętych tematach. Akwizytor kima za kółkiem, jego gablota jeszcze się trzyma, ale bardziej na słowo honoru. Świat dziwnie rozedrgany, podzielony bardziej na cząsteczki atomów niż chrypiące oddechy. Fraza niby zziajana, na transowym zjeździe, a przy tym liryczna jak krynica niezamącona plastikiem, ani brudnym butem. Znająca każdą kroplę deszczu po imieniu. „Co można powiedzieć o tych polach? Kosy krążyły nad swoimi własnymi cieniami, a w dole stały krowy i wąchały sobie nawzajem tyłki. Dudnun wypluł gumę przez okno, sięgając do kieszeni koszuli po winstony. Zapalił jednego zapałką. Właśnie tyle można powiedzieć”. I się ocknąć. Nie patrzeć na innych jak ktoś, kto ma za uszami więcej, niż w czubie. I zapętlać mantrę, że „życie jest jak spacer na pustym placu”1.

2.

„Co za świat! Wszystkie te dni przepadły, zwinęli je w rulon i odłożyli na bok. Prawie go dosięgam. Ale gdzie on jest?”. „Zachód słońca miał przed sobą ostatnie dwie minuty życia”. „Patrzyliśmy na niego i czuliśmy się jak stare panny. On natomiast był narzeczoną Śmierci”.

3.

Przekreślone życie jak ślad zostawiony sadzą na śniegu. Szczątek dawnych uniesień, spłachetek, gdzie nie trzeba się podtrzymywać, by złapać pion. Pociągi na drogach od do. Ucieczki niegwarantujące żadnych pocieszeń, nieprzynoszące ulgi. Drobne kradzieże dla poratowania spustoszonego organizmu. Działania dyktowane wszystkim tylko nie zdrowym rozsądkiem. Zwykle na bakier z własnym czasem, na bakier z czasem innych. Samotność przerażona tym, że wciąż trafia na inne samotności. Czy one kiedyś przystaną przy swoich grobach? Czasami dobremu wozakowi nie pomogą kloce drewna, by konie mogły się wywlec!

4.

– Co widzisz, kiedy patrzysz wstecz?
– Wraki samochodów.

„Pierwszy krok musisz uczynić sam. / Niepewnie ruszam w stronę krawędzi świata”2.

[Bartosz Suwiński]

1 M. Hłasko, Diabły w deszczu, przeł. J. Pielichowski, red. R. Młynarczyk, Mikołów 2020, s. 44.
2 N. Cave, Pieśń torby na pawia, przeł. T. Sławek, Stronie Śląskie 2018, s. 17.

Fot. Sebastian Mikoś

Dwudziesta druga odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego


Jean-Luc Nancy – Arcyludzki wirus

1.

Jean-Luc Nancy, wybitny francuski filozof, który zmarł 23 sierpnia 2021 roku, w wieku osiemdziesięciu jeden lat, w jednej ze swoich ostatnich książek1, potraktował pandemię COVID-19 jako możliwość przyjrzenia się współczesnemu światu (oraz kondycji człowieka), zaś wnioski do jakich doszedł, są bardziej niż zastanawiające. Chciałbym poświęcić im tu kilka uwag. Zacznijmy jednak od cytatu: „Wirus jest lupą, która powiększa charakter naszych sprzeczności i ograniczeń. Jest zasadą rzeczywistości, która puka do drzwi zasady przyjemności. Towarzyszy mu śmierć”.

2.

Autor Rozdzielonej wspólnoty, już na wstępie zwraca uwagę, że dzięki wirusowi mogliśmy zwolnić, a świat w końcu dostał szansę przyjrzenia się sobie samemu. Co istotne, człowiek zdołał w końcu dostrzec głębokie zaburzenia, które dotąd uchodziły za przemiany. Zobaczył naraz rzeczywistość, w której entuzjazm związany z rozwojem i postępem drastycznie zaczął się kurczyć. Zorientował się, z całą frustracją wynikająca z tej nieznośnej świadomości, że w dużym stopniu zatracił możliwość pomieszkiwania w świecie poza informacją i kalkulacją. Trawestując Nietzschego, można powiedzieć, że to, co boskie, stało się arcyludzkie, zatem wydane technicznej gonitwie, inspirującej się coraz bardziej antagonizmami jakie zaczynają intensyfikować się pomiędzy jej uczestnikami. Człowiek został wykorzeniony z tradycji i porządków nadających poczucie istotności, w zamian za co, skazał się na rynkową matrycę, pozycjonującą rzeczywistość na linii transferu klienta i towaru, kupca i produktu. Człowiek zatraca się w swoich podbojach i nieposkromionych żądzach multiplikowania posiadania. Same materialne dobra nie są już celem, a jedynie środkiem dokładanym do innych środków. W związku z tym koronawirus to produkt globalizacji – nadaje ton procesowi degrengolady kultury, umacnia homogenizacyjne zaplecze splątanych sił ekonomiczno-technicznych, odwołujących się do niewidzialnego autorytaryzmu kapitału i pieniądza. Coraz bardziej instrumentalne podchodzenie do humanizmu powoduje tyranię pragmatyki nauki, i wykolejenie polityki, która wypaczyła obiektywne oczekiwania, na ich miejsce podmieniając statystyczne dane i rosnące niezadowolenie. Wirus jest testem dla naszej wspólnoty, którego wynik lokuje się raczej na dole skali. I choć nas rzekomo uspołecznia, to pokazuje, że poszczególne elementy rzeczonej wspólnoty, orbitują tylko wokół swojego ja i widzimisię. Postawa obywatelska i dobro powszechne – te pojęcia doznały srogiego blamażu i zwyczajnie się skompromitowały. Ludzie nie mają potrzeby poza samymi sobą (i awatarami samych siebie) dzielić się z innymi poczuciem swojej wyjątkowości (czytaj nijakości). Rzadko kiedy wychodzimy poza opłotki, którym na imię własność. „Możliwe, że ten świat wraz ze swą racją bytu właśnie się rozpada, ale nie mamy czym go zastąpić”. Jean-Luc Marion: „Śmierć idoli odsłania przestrzeń, która jest pusta. Doznanie odtąd zlewa się z pustką opuszczenia, w oczekiwaniu na nową obecność. Bowiem miejsce boskości, z samego faktu jego odsłonięcia się przez opustoszenie, staje się szeroko otwartą czeluścią”2. Jeżeli metafizyczny kontekst został wyzerowany, jak mamy mówić o celowości działań, rudymentarnych zasadach?

3.

Najciekawszy rozdział poświęca Nancy uwagom na temat języka. „Dyskurs ostentacyjnej brawury” to najpopularniejsza strategia opowiadania o wirusie. W gruncie rzeczy pogłębia on strach i poczucie zagubienia. Naszą mowę sabotuję permanentna troska, nieodzowny smutek będące sumą nieustannego poczucia zagrożenia życia, obecnej w przekazach dnia i na ulicach stale śmierci. Człowiekowi zostaje dołożone kolejne zmartwienie, sytuowane w głowie obok refleksji na temat głodu, biedy, jawnych niesprawiedliwości – w głowie, gdzie już prawie zupełnie ciemno. Jak zatem czerpać radość choćby z pojedynczego promienia, wiązki światła? Dzisiaj trudno się nam artykułuje własne punkty widzenia. Słowa przeinaczają sensy, konteksty deprymuje poprawność. Język techniczno-naukowy, ale i publiczno-polityczny, pokazuje swoje liczne słabości, miejsca wątpliwe, nawet wręcz żałosne czy kiziorsko-knajackie (nazwiska polityków pchają się same!). Człowiek pogrąża się w kryzysie, język w banale, duch w ubóstwie. Nie umiemy się uwolnić od ulegania. Pandemia uwypukliła różnice, spotęgowała różnice, drastycznie pogłębiła podziały. Wiedza również została postawiona w stan oskarżenia – nie sprostała oczekiwaniom. Wszelkie przesłanki mówią: „winna”. Martin Buber: „Człowiek nie może już zapanować nad światem, który powstał dzięki niemu; świat ten staje się odeń silniejszy, uwalnia się od niego i przeciwstawia mu się jako zasadniczo niezależny, a człowiek nie zna zaklęcia, którym mógłby przegnać i unieszkodliwić stworzonego przez siebie Golema”3.

4.

Nancy: „Marks powiedział, że świat pozbawiony jest ducha; dla nas słowo stało się podejrzane lub głupawe. Oznacza tylko dech – to, co daje życie. I właśnie to, co koronawirus niszczy. Tyle mieliśmy idei, pojęć, tyle wiedzy i wyobrażeń. Lecz kalkulacje zdusiły ducha. Musimy od nowa nauczyć się oddychać i żyć, po prostu. (…) Bądźmy jak dzieci. Stwórzmy język na nowo. Miejmy tę odwagę”. Każdy brak sensu jest możliwy. Nikt nie daje nam gwarancji absolutnego sensu. Warto za autorem Po skończoności, zapytać: „W imię czego moglibyśmy a priori zaprzeczać temu, że nie istnieje nic wewnątrz zjawisk, a nasz świat okolony jest nicością, w którą każda rzecz może ostatecznie się zapaść?”4.

5.

Racją bytu społeczeństwa stała się wciąż rosnąca produkcja. Nasz nowy, wspaniały świat, którego żadną lepszą wersją nie da się zastąpić – nie ma mowy o żadnej aktualizacji oprogramowania. Kryzys natomiast ma to do siebie, że stale może się pogłębiać, przy równoczesnym zdywersyfikowaniu środków, którymi uderza w minimalistyczne status quo, czy jako taki dobrostan. Nancy pisze, że istnieją trzy formy zła: choroba jako część życia, cierpiąca egzystencja, czyli nieszczęście i świadome wywoływanie agresji, ergo niegodziwość. Człowiek eskaluje zło. To fakt. Imperia przemysłowe reprezentują taki poziom rozwoju i organizacji jak opresja totalitarnych systemów i aparatów represji. Dostatek i szybkość same wypaczają treści potrzeb i dostępu, stale powiększając pole przyjemności posiadania, akcelerując przesył danych, równocześnie kompresując style odbioru. Czy czeka nas jeszcze przyszłość? W sposób nieumiarkowany zużywamy nasze zasoby, drenujemy ziemie ponad nasze potrzeby. Rzeczywiste obecności zostają wypaczone przez widmowe obecności. Wyobrażone ruguje z dyskursu prawdopodobne. W zasadzie człowiek wydaje się bardziej egzotyczny niż tropikalny ptak – kim są ci ludzie, kim jestem? Kapitan Hart do swojego kolego Martina, których dialog jest osnową opowiadania Człowiek Ray’a Bradbury’ego: „Powinieneś znać już Ziemian. Zrobią wszystko – będą bluźnić, kłamać oszukiwać, kraść, zabijać, byle tylko osiągnąć to, czego pragną”5. Nic nie jest ostateczne. Śmierć to tylko – mówi Nancy – niekompletność sensu. Czy to nas pociesza?

6.

Nancy udowadnia, że filozofia to przede wszystkim przekonanie, że rzeczywistość zawsze się wymyka, dlatego stale trzeba siebie rozniecać w myśleniu. I, że ta ucieczka jest naszym losem, ponieważ w tej historii kluczowa jest i bywa, mowa. „Błąkać się nie znaczy błądzić – zejść z wytyczonej ścieżki. Nie chodzi o obranie złej drogi, lecz o przemierzanie przestrzeni bez dróg i punktów orientacyjnych. Drogi nie wytycza ani wiara, ani mądrość doświadczenia. Wręcz przeciwnie, jest to doświadczenie wyprawy w nieznane, więcej – w niepoznawalne”. Kto jeszcze się błąka? Demokratyzacja dostępu do dóbr użytecznych (i kultury) paradoksalnie spowodowała, że nieograniczony do nich dostęp, napotyka na granicę ubóstwa. Dobra stale się pomnażają, a możliwości podażowe drastycznie maleją. W tej spirali niewielka liczba ludzi dysponuje aktywami o których reszta może tylko pomarzyć, a w tle mamy katastrofy klimatyczne, migracyjne, egzystencjalne. Nierówności, biedę, głód. W tym momencie nie odczuwamy (jak w filozofii) lęku przed brakiem pewności? Czytamy: „Ludzkość pozbawiona jest ducha, pozbawiona sensu, który przecież w niej tkwi – sensu istnienia będącego dla siebie wyzwaniem, zdanego na łut szczęścia, na własny los – sensu, którego nie uwzględniają liczące maszyny. Maszyny te twierdzą, że obliczają nasze życie, ale my wiemy, że istnienie nie poddaje się kalkulacji”. Doświadczać to tracić. W wirze słów tracących orientację, w kolonii zwichniętych przesłań.

7.

Życie składa się z tego, co nieprzewidywalne. Przypadkowe. Może warto byłoby przedefiniować pojęcie satysfakcji życiowej? Może warto stawiać opór produkcji noszącej wszelkie znamiona nieuleczalnej infekcji? Warto czasami pomyśleć nad czymś innym, niż problemy świata, którego uprzywilejowanymi mieszkańcami jesteśmy. Może najbardziej nieprzejrzyste są algorytmy mające logiczne rodowody? Nie wiemy gdzie wyniesie nas postęp, ani co czyni nas braćmi. Mówi Nancy, że „sztuka, myśl, duch, miłość” pomoże nam traktować się nawzajem z empatią, „bo przecież stoimy w obliczu tego samego upadku, tej samej niepewności. Bo koniec końców to upadek jest naszym fundamentem”.

[Bartosz Suwiński]

1 J-L. Nancy, Arcyludzki wirus, przeł. A. Dwulit, Kraków 2021. Wszystkie cytaty w niniejszym tekście wg tego wydania.
2 J-L. Marion, Idol i dystans, przeł. W. Starzyński, U. Idziak-Smoczyńska, Kraków 2016, s. 49.
3 M. Buber, Problem człowieka, przeł. i wstępem opatrzył J. Doktór, Warszawa 1993, s. 44.
4 Q. Meillassoux, Po skończoności. Esej o koniecznej przygodności,, przedm. A. Badiou, przeł. P. Herbich, Warszawa 2015, s. 59.
5 R. Bradbury, Człowiek ilustrowany, [przeł. P. Braiter, Warszawa 1999, s. 66.

Fot. Sebastian Mikoś

Dwudziesta pierwsza odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego


Dwa niepublikowane wcześniej wiersze z przygotowywanego do druku tomu Fiaska:

Pętla

Ciasna, zawiązana przez mgły;
maszerująca cisza po słowie, wojsko.

Wrona dziobie czarne ziarno,
choć światła nie szuka.

Rosa pod butem, z rozwiązanym
ciężarem dążenia.

Tlen nie jest od tych,
ani od tamtych.

Grawitacja wypisała się
i przeszła do innej klasy.

Bez nauczycieli, bez uczniów,
bez mroku, bez gwiazd.


Pypeć

Skulili się przy ogniu, okutani w kłaki,
orkan nie chciał się dzielić, kamieniem podchodziło runo.
Z nikim nie było mowy o sojuszach, choć od szadzi pękały usta,
buchało parą spod chrapy, pęciny skrzypiały mosiężną kołatką.

W milczeniu opakowali resztki tego, co mieli,
choć koniec już wcześniej widzieli w popiele.
Pogrzebali w spiekach, kiedy już ruszyli, wrócił się pod wiatr,
i cisnął kijem w rzekę, i splunął w zgliszcza.

Patrząc na plecy, tych, co odchodzili, pomyślał,
że dalecy od siebie, blisko zwarci bywają w szeregu.
Choć od zimna odpadają od czucia ich szczęki,
nie wolno im dłużej zwlekać, śniegu natopić w puste bukłaki.

W szuwarach szamocze się młyn z księżycem,
na wodzie załamał się lód po którym przebiegła sarna,
ale do bulgotu wpadł ogar goniący za nią, szczeknięcie urwało się
i żaden głos już nie wypłynął. Trzciny stały nieruchomo.


Dwudziesta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Cyprian Kamil Norwid – Poezje

1.

Po pierwsze. Znój stawiania liter i praca w słowie była dla niego jak oddech, któremu podporządkowany jest cały organizm. Norwid to poeta p i s m a, a dopiero potem myśli i idei. Pracujący w słowie cierpliwie, przymierzający doń różne maski, testujący możliwości ciszy, wtrącający idee do lochów wieloznacznych odniesień i odwołań, znający siłę pauzy, wielokropka, czy zawieszenia sensu. Ale i przecież autor z temperamentem wojującego publicysty, celującego w długie frazy, meandrujące jak niespokojna rzeka, nagłe jak rychłe kaprysy Fortuny. Przede wszystkim zaś, to poeta urwanego śladu, który prowadzi nas przez ciemną knieję, a potem porzuca. Jakby tracił wiarę w człowieka i możliwości artykulacji spraw jedynie istotnych, do zrozumienia których rzadko kiedy się zbliżamy. W jego poezji nagle orientujemy się, że jesteśmy sami, a nasze wewnętrzne kompasy szukają wyjścia z lasu, który żyje własnym majestatem. I nie rzuca cieni, bo obecność w nich się nie schowa.

Bo nie zginęło żadne utęsknienie,
I żadna boleść nie przewiała marnie,
I żaden uśmiech błahy nieskończenie –
Jest taki anioł, co skrzydłami garnie
I śmiech, i boleść, i to niedotkliwe
Człowieka chaos bierze w dłoń, jak żywe.

2.

Po drugie. Przyszedł na świat pod niezwykłą konstelacją i koniunkcją gwiazd, w 1821 roku (siedem miesięcy po śmierci Johna Keatsa). Tego samego roku na świat przyszedł również Fiodor Dostojewski, Charles Baudelaire i Gustave Flaubert. Za rok ostatni oddech wyzionie autor Prometeusza wyzwolonego. Norwid przeżył wszystkich, umierającego najpóźniej z pozostałej trójki, autora Braci Karamazow, o dwa lata. Ale jego życie to lata ciemne, godziny mroczne, tak jakby za momenty olśnienia, płacił nędzą pozostałych dni. Nie jest tajemnica, że kolejne partytury życie wygrywało mu niezwykle boleśnie, jakby skala nigdy nie celowała w półtonach. „Osobliwa kadencja zdania, częstokroć szorstka i chropawa; zaskakujące luzy w obrazowaniu lub też przeciwnie – zagęszczenie obrazów i metafor; skłonność do paradoksów i niespodzianki intelektualnej; ponadto daleko posunięta niezależność od układów i konwencji wersyfikacyjnych”1. Wymyk i wybieg. Częściej trafianie w sedno, niż opodal.

Skoro usłyszysz, jak czerw gałąź wierci,
Piosenkę zanuć lub zadzwoń w tymbały;
Nie myśl, że formy gdzieś podojrzewały;
Nie myśl – o śmierci…

3.

Poezja Norwida to wersy o człowieku zapominającym o bólu, któremu żal chwil, „Z których każda, jak żwirem zasuty motylek”. W swoich pieczołowitych kontemplacjach – by użyć tytułu znakomitej książki Aleksandra Świętochowskiego – „dumaniach pesymisty” – łowi myśl, „co opodal ledwo skrzelą błyska…”. Nie ma dna ani przystani, jest otchłań, na której rozmazują się nasze spojrzenia. Poeta stale przypominał, jak mało pewnych rzeczy jest na ziemi, jak trudno znaleźć słowa na stany i gorączki, które trawią nasze lędźwie. Często gonił za wspomnieniem, jakby chwilę teraźniejszą chciał nakryć kołtunem przeszłości. Norwid to poeta snu, który dobrze rozpoznał jego błogie nieświadome ciągi, dlatego upodobał sobie stan bliski omdleniu, kiedy wszystko zasnuwa ciemna kotara. Wiedział, że jak kończy się sen, nadchodzi kolejny, bardziej dosłowny, zdzierający pozory prostacko, nie czekając na wzbudzenie świadomości. Norwid w sposób jedyny i osobny dał dowód temu, jak bardzo może obmierznąć komuś świat – świat, nigdy poezja. Wiedział, że czas (ale jaki, burzy? ciszy?) nie tylko spala nas w swoim piecu, ale, że również niepokoi przestrzenie, czyni bieg naprzód ucieczką. Że jednakowo na drogach szerokich i ciasnych, spotkać nas może nieszczęście. Tylko w jego poezji obok kamienia sterczącego na miedzy jest żółta dziewanna i ruda polna mysz. To on przypominał, że jak wywołuje się zmarłe dziecko przy jego matce, należy wspomnieć „Że usta miało z pąsowych korali”. Wiedział, że nikt z nas nie mówi własnym głosem, dlatego w Modlitwie zdobył się na jednowersowe, paraliżujące wyznanie: „Jestem z n a m i ę!...”. Wiedział, że jesteśmy wpisani w ciało jak słowo w wiersz, że idziemy za jego kaprysami i namiętnościami, że w zderzeniu z jego pasją, wszelkie inne idą w odstawkę. I to najważniejsze, że nasza cielesność jest ułomna, ale tylko w niej, być może, zjawia się od czasu do czasu, Duch.

Ci, co w duchu ubodzy,
Już kosztują królestwa,
Lecz na stepach nicestwa
Tacy rzadko są mnodzy.

Przyjdzie nam za sny nieść jawy. Wartkie strumienie zamienią się w strugi, opowieści podmienią się pod aluzje. „Tak a nie tak: nie nasza rzecz. / Ludzie – radzi się smucić”.

[Bartosz Suwiński]

1 K. Wyka, Wstęp, [w:] Cyprian Kamil Norwid, Wybór poezji, przeł na język francuski F. Konopka, wstępem opatrzył K. Wyka, Kraków-Wrocław 1974, s. 8.

media/img/grafiki/norwid.jpg

Dziewiętnasta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Jan Polkowski – Portier i inne opowiadania

1.

Na zbiór Portier i inne opowiadania Jana Polkowskiego składają się teksty: Trzydzieści trzy słowa, Maria i Józef, Portier i Trzy gracje. To cztery oddzielne historie, których mianownikiem jest próba odpowiedzi na pytanie, o sens pisania, literackiego powołania i nieustannych poszukiwań, pozwalających pisarzowi znaleźć odpowiednie formy, dla swoich wewnętrznych peregrynacji. W wymiarze ogólnym są to opowiadania o artyzmie, wymuszającym ciągłe szukanie dróg, pozwalających przekraczać siebie. Pisarz, tak rozumiem intencję Polkowskiego, to człowiek stale weryfikujący oczekiwania wobec języka, piszący w poczuciu niezaspokojenia i fiaska, gdyż nie ma mowy o perfekcyjnym opanowaniu narzędzia, któremu się z oddaniem, służy. To również fabuły o niespełnieniu, nigdy niezaspokojonym głodzie połączenia desygnatów z ich znaczeniami. Polkowski próbuje dobić się do źródeł żywego słowa, które nie zbratało się do końca z koturnem. Rysuje przed nami życie pod dyktando słów: nieraz cierpkich, nieraz budujących. I zdaje się, że za swoim protagonistą, mógłby powiedzieć: „Szukam świata poza życiem, poza mdłą egzystencją, z dala od byle jakiego czasu. Tajemnica i wspólnota – to mnie zawsze pociągało”. W jednym z wierszy zapowiadających nowy tom pod tytułem Łyżka ojca, konkluduje:

Oślepione słowa
nie chcą nazywać zapisywać
boją się pamiętać
o wszystkim co ludzkie
co obce1

2.

W pierwszych akapitach, Trzydziestu trzech słów, bohater opowieści, konstatuje: „Czy można wyobrazić sobie coś, czego człowiek mógłby pragnąć bardziej desperacko niż odzyskania własnego życia”? Opowiadania Polkowskiego, w najbardziej ogólnym planie, opowiadają historię skryby (kompozytora, malarza), osoby pożenionej ze słowami (nutami, sztalugami), która w pisaniu (komponowaniu, malowaniu) próbuje zmieścić siebie, i w słowach (dźwiękach, kolorach) znaleźć kąty, które od biedy, będzie mogła nazwać, swoimi. Fabuły w tym zbiorze wydają się poniekąd pretekstowe. Polkowski, stara się przede wszystkim dociec, czym jest artyzm, jak rozumieć, że ktoś został powołany do cechu osób piszących (komponujących, malujących), legitymizujących się słowem (melodią, obrazem)? Jaką płaci się za to cenę? Dalej zapytuje: czy artysta to ktoś, kto widzi dalej, czuje bardziej, kto doświadcza epifanijnych błysków, ale i melancholijnych malign, kto z niepokoju i wewnętrznej pracy, uczynił sposób na nudę, rutynę, codzienność? W otwierającym książkę opowiadaniu, zderzamy się z historią człowieka – mówiąc w największym skrócie – zafiksowanego na zrekonstruowaniu idei, która miałaby wyczerpać wszystkie możliwe znaczenia poszczególnych przymiotników. Brzmi enigmatycznie? Wiem, ale nie moją rolą streszczać pomieszczone w omawianym zbiorze, historię. Polkowski skrupulatnie podsuwa nam figurę osoby piszącej, dla której zapisywanie kolejnych linijek jest zajęciem ugruntowującym chwiejny sens własnego istnienia. Paradoksalnie, pisarz to ktoś, kto swoją nieobecnością, pracuje na swoja obecność. I ten motyw wybrzmiewa tu najdonośniej.

Bezimienny bohater, próbuje podjąć i domknąć permanentny ruch znaczeń, w który dał się zaplątać, przez niejakiego J.P. Mniej interesuje mnie fabuła owej narracji, a raczej jej konsekwencje dla bohatera. Skazanego na niemożliwość. Skonfrontowanego z nieustającą pracą języka, niegwarantującą żadnych pewników. Wydaje się, że tak naprawdę tekst oscyluje wokół pytania o naturę języka – jego notoryczne i niewyczerpane zdolności do tworzenia narracji i sabotowania ich przesłań. Czytamy: „Rozsypać własne ja? Być spoiwem, które scala solidarnie wszystkie losy, jak wiekuiste lustro”. Artysta to bowiem ktoś, kto się zupełnie odkrywa, nie licząc na razy, jakie „przyjmie”, a na człowieka, który w nim (jego języku) siebie, odnajdzie.

3.

Bez wątpienia sercem książki jest niezwykle wymowne, subtelnie nakreślone opowiadanie Maria i Józef. Spaja je zmysłowy nastrój, lekka mgła, efemeryczne kaprysy. Historia kompozytora Józefa i jego małżonki Marii to kameralistyka czułych tonów. Autor Śladów krwi pokazuje, że człowiek to proces, bywający często najbliżej tej wersji siebie, którą najmniej lubi, bądź zna – chciałby się z nią nie liczyć. Opowiadanie dotyka tajemnicy tworzenia, dobywania kształtów z chaosu, momentu, kiedy materializuje się idea. To zdania o tym, że niektóre melodie płyną na pocieszenie, a wiedza niekoniecznie idzie w parze z mądrością. Przyznaję, ma ten tekst jakiś rozbrajający, staroświecki urok, przed którym kapituluje się zupełnie i mu poddaje, albo odwraca się plecami, bo możliwe, że niektórym klasyczne receptury, trącą myszką. Wyczuwa się nastrój Tołstojowskiej Sonaty, Brata snu… Kołacze się po głowie – nie wiedzieć czemu – Andrzej Krzanowski… Tak czy inaczej, opisy komponowania przez Henryka pieśni, opis popisów wokalnych Józefy są niezwykle wymowne w swoim ulotnym…

4.

Jeszcze jedna rzecz warta odnotowania. W swoich opowiadaniach, Polkowski bawi się składnią, bywa rozbuchany, często pełen inwencji. Ten nerw momentami osłabia publicystyka, słyszana tu i ówdzie, kiedy narrator niejako wyskakuje z tekstu i próbuje dopisać jakiś komentarz do obyczajowych inklinacji dni dzisiejszych. Zostawmy to. O wiele ciekawsze są momenty, kiedy Polkowski zestawia ze sobą dalekie pola znaczeniowe, jak gdyby ich wspólne rezonowanie, było dla autora muzyką przyjemną dla ucha, oddalającą zgiełk i kakofonię współczesnej ulicy, zatopionej w bluzgach. Muzyką nieoczywistą, mało zgraną. Posłuchajmy o „wodnistej zupie codziennych pozdrowień”, w „lesie spalonych domysłów”. Albo o „roztargnionych pauzach”, czy „zgrabiałej goryczy”. By w końcu się dowiedzieć, że „nie ma nic bardziej podniecającego niż czekanie na siebie”. Rzecz o tym, że czekając na ogień, często dostaje się deszcz. I nie zawsze starcza nam miejsca w sobie na zapomnienie, na chwilę uwagi, słowo bez tchnienia, gest zawieszony w stygnącym czasie. Polkowski pisze o zatraceniu, ale i o momencie, kiedy wycofanie się z kaplicy sztuki, nie jest dezercją, a szansą na spokój.

[Bartosz Suwiński]

1 J. Polkowski, Nowe wiersze, „Nowy Napis. Liryka. Epika. Dramat” 2021, nr 9, s. 162.


Osiemnasta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Jan Drzeżdżon – Szalona Monika

1.

Jan Drzeżdżon to pisarz niezwykle interesujący, gęsty, nieprzebrany. O zdumiewającej wyobraźni i filozoficznym zacięciu. Jego proza to literatura najwyższych lotów, problematyzująca miejsce człowieka w świecie, oddalającego się od duchowych zatrudnień, wydanego na pastwę przypadkowych obecności. Trwale porażonego obcością innych, na którą nie ma rady. Pod względem wyobraźni porównywany do Cortazara, w wielu miejscach podobny do Borgesa, kiedy erudycja miesza się z namysłem nad kondycją ludzką, wydaną samotności i skończoności. Był/jest Drzeżdżon zjawiskiem zupełnie osobnym. Henryk Bereza w eseju Ontologia, w latach siedemdziesiątych, konstatował: „Przy wykorzystaniu jednoznacznych instrukcji wewnętrznych, przy zastosowaniu najprecyzyjniejszych kryteriów wartości literackiej, przy pełnej mobilizacji woli bycia uczciwym zawsze i w każdej sprawie literackiej dopowiadam z pełną świadomością nieograniczonej odpowiedzialności za słowo zapisane, co następuje: Jan Drzeżdżon jako autor do roku 1977 włącznie opublikowanych utworów jest pisarzem wybitniejszym niż Llosa i Cortazar razem wzięci z Borgesem na przyczepkę”1.

2.

Szalona Monika to proza o sytuacji człowieka, który konfrontując się z własną skończonością, zdaje sobie sprawę, że pocieszenie przynieść może tylko opowieść, a słowo jedynie ma moc konsolacji rozkołatanych nerwów. To literatura głęboko filozoficzna, pokazująca człowieka wydanego własnej skończoności, którego potencje wyczerpują się w jego doczesności, a dany mu czas, separuje go od chwil zrozumienia, radości, epifanii. U Drzeżdżona człowiek jest sam, wpisany w życie, rzucony w czas, zmitrężony historią. Próbuje forsować własne ograniczenia, próbuje własnej egzystencjalnej bezdomności nadać jakiś sens, bez którego, popadnie w otchłań beznadziei. Drzeżdżon problematyzuje status artysty w społeczeństwie, zastanawia go możliwość kształtowania wspólnoty, opartej na wrażliwości, a nie na partykularnych interesach. Człowiek jest sam, wydany umieraniu, i czasami, ktoś czuwa nad jego samotnością. Rzadko może opowiedzieć swoją rzeczywistość innym, a świat jest równie tajemniczy, co poetyckie epifanie, mające być momentami artykulacji metafizycznego sensu.

3.

Proza Drzeżdżona to znakomity sposób do poszerzania granic własnej wrażliwości. Lektura jego książek to zderzenia różnych punktów widzenia, dających do przemyślenia wiele perspektyw, krzyżujących rozmaite światopoglądy. To rzecz o osobie wyobcowanej, stawiającej na życie wewnętrzne, zasklepionej w tautologicznym kręgu własnych wyobrażeń, niezdolnej wyjść poza persewerację motywów i znaków. Za nieskrępowanie ducha żadną normą, płaci się tu cenę coraz gorszej adaptacji do codziennych warunków, bieżących spraw, rutynowych repetycji.

[Bartosz Suwiński]

1 H. Bereza, Ontologia, [w:] tegoż, Taki układ, Warszawa 1981, s. 336-337.

media/img/grafiki/szalona_monika.jpg

Siedemnasta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Marek Pacukiewicz – Wieki średnie

1.

Poezja Marka Pacukiewicza korzeniami tkwi w zmysłowym widzeniu. Światło jest najczęściej padającym w wersach słowem. Chce się je tu odzyskać, aby prześwietlić nim wszystko to, co zaczernione. („Metaforykę światła możemy napotkać wszędzie tam, gdzie myśl przybiera postać metafizyki”1). Nim oświetla się przestrzeń zachwytu i odrzucenia. Człowiek z tych strof, próbuje cały czas wejść w światło. Póki co, miasto staje się scenerią pogruchotaną zewnętrznie, odpowiadającą wewnętrznemu zamętowi jego mieszkańców. Wiersze niczym świadectwa rozpadu, dokumentujące resztki i poniewierkę zużytego. Nad światem krąży widmo zbędności, a człowiek pomnaża odpady. Wyzuty ze znaczeń, odwraca się od źródeł. Stracił łączność z przeszłością, a minione tożsamości wyszły z mody. W nadmiarze bodźców, zapomina o kresach. „Przekonanie o egzystowaniu w tak rozproszonym świecie, wielości nie tylko jego wymiarów, ale także wartości i znaczeń, przekłada się na doświadczenie jednostki, która coraz częściej nie znajduje oparcia w jasno określonej ekumenie”2 – mógłby za Małgorzatą Czapigą powtórzyć bohater tych wierszy. Dlatego szuka: w rozproszeniu, gwałtownie, wypatrując sensu i znaczeń. Interesuje go pustka, słowa zawieszone w połowie, gdzieś po drodze.

Ile tu się dzieje! Kto, zasłużenie narażając się
na śmieszność, uroni łzę, załamie ręce
nad tym placem przeładunkowym w mgnieniu oka
zmieniającym się w park, kto zapamięta pustkę?

Wszystko wymija mnie i nieruchomieje, by pozostać
na swoim przenajświętszym miejscu, w końcu zapada się.
Naniesieni na ślepą mapę,
nieznani mi z imienia zmarli oddają ciemność.

2.

Wszystko wskazuje na to, że jednak przetrwaliśmy potop.
W nocy pierwszy śnieg próbował przykryć resztki szlamu.
Przyszedłem tu z synem zobaczyć kołyszącą się trzcinę.
Znaleźliśmy trop psa, który skaleczył się w łapę.

W domu wszystko, co nie zagruntowane, pęka.
W pokoiku Janka wokół okna pojawiła się pleśń.
Pora puścić w niepamięć sierpniowe upały.
Na ilustracjach w książeczce wciąż zmienia się świat.

3.

Poezja ruderalna Pacukiewicza, bierze na swoje radary miejsca zapuszczone i opuszczone. Mająca serce dla cywilizacyjnych odpadów – wiodących swój nieistotny żywot z boku głównych nurtów – zapuszcza się w rejony porzuceń. Szuka dla siebie wersów w bramach, na wysypiskach, za sklepem. Pod kapslem rzuconym w kratkę, przy puszce rdzewiejącej na tyłach kiosku. Obmywa nas rzeka słów zmierzająca do źródła, które oddala się za sprawą fałszywych miraży. Ciche modlitwy w zawalonych śmieciami, zaułkach. Hałdy z porzuconymi po drodze petami i niknącymi w smogu promieniami światła. Kable na wierzchu jak otwarte żyły mordowni, gdzie szuka się jakiegoś sacrum, pośród profanum i roztrzaskanych symboli i słów, o pustych nazwach. Zadziwiająca pewność jasnych deklaracji wiary. Skąd ta pewność? („Trzeba, by umarł idol, po to, by przemówił symbol bytu”3). Industrialna (anty) sielanka, która na hałdzie gruzów, opiewa odpryski, pęknięcia, miejsca przeżarte rdzą. Zawsze jest coś, co utrudnia całkowity zanik. Strzęp tapety, potargany papier, pędzony wiatrem wiór, brud na rękach, kurz na rzeczach. Klecimy i szyjemy stale nasze patchworki z resztek.

– Nie wiem, czy pamiętasz jeszcze las,
po którym wczoraj krążyliśmy – dzisiaj,
kiedy śnieg z deszczem udaje światło
i zaciera nasze zapętlone ślady.

– Wydaje mi się, że las o nas zapomniał,
jeszcze zanim cieniutka warstewka śniegu
upodobniła go do setek innych miejsc,
w których dotychczas szukaliśmy drogi.

[Bartosz Suwiński]

1 K. Michalski, Heidegger i filozofia współczesna, Warszawa 1978, s. 235.
2 M. Czapiga, Po-widoki pustki. O sposobach konceptualizowania pustki w kulturze współczesnej, Kraków 2017, s. 26.
3 P. Ricoeur, Religia, ateizm, wiara, przeł. H. Bortnowska, [w:] tegoż, Egzystencja i hermeneutyka. Rozprawy o metodzie, wybór, oprac. i wprowadzenie S. Cichowicz, przeł E Bieńkowska i inni, Warszawa 1985, s. 61.


Szesnasta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Małgorzata Lebda, Mer de Glace, Wrocław 2021. Wydawnictwo Warstwy

1.

Spora część nowych wierszy Małgorzaty Lebdy opowiada nam o poetyce daru. Bohaterka odczuwa wdzięczność wobec życia, powiększającego się o życie, odczuwa uległość wobec oddechu, poganianego oddechem. „Ranki tu są dobre, spokojne, ciągną się – czytamy w Karmieniu psów – do samej nocy”. Jej wiersze stają się dziękczynieniem powietrzu, hołdowaniem roślinnemu, matkowaniem zwierzęcemu. Nadawaniem imion jaskółkom, ubywaniem w wysiłku niepokojów, pozdrowieniem ruchu W myśl zasady, że „próba wcielenia się w zwierzęta inne niż ludzie, użyczenia im głosu, przynosi wyjątkową korzyść”1 – na rzecz wyobraźni.. Wyspa Słodowa, kończy się tak:

Poranek tu jest dobry, przyglądam się wodzie.
Na razie tyle. Nic więcej.

2.

Metabolizm ludzkiego ciała wpisany zostaje kolejnymi krokami w łańcuch żywego, napierającego na wyobraźnię, forma po formie. Doświadczenia zmysłowe stają się przestrzenią estetyzacji życia, a smaki i zapachy, kierują uwagę na detalizację przeżyć, sprowadzanych tu do pojedynczych podniet i wcieleń. Ziemia wydaje się czuła na nasze kroki, a drgnienia w jakie ją wprowadzamy, niosą przyziemne melodię o chtonicznych tęsknotach korzeni i kwiatów. Dwie pory tu dominują: ciała i widzenia. Ruch, praca mięśni, praca wyobraźni. Praca w języku i język pracy. Słowa jak pokarmy i pokarmy niczym dary. Krew tłocząca życie. Życie niosące treści dalej. Życie na ziemi. Z Bärfussa:

Myślę też o tym, co wiersz – jak niektórzy mówią
– powinien, a czego nie powinien. Jaki ma pysk
i jak go otwiera.

3.

Duży korpus tekstów traktuje o sposobach bycia w ciele i poprzez ciało. W biegu splata się ruch ciemnego i jasnego. Rutyna jako ćwiczenie w uważności. Lebdzie towarzyszy przekonanie, że codzienność to surowa wizja, rozproszona prostotą. Że lokalne i prowizoryczne może być wszystko, pod każdym południkiem, a wielki świat, wcale nie skraca dystansu między przestrzenią, a czasem. W Mer de Glace piszę się o forsowaniu ciała i poprzez ciało. Kruchych splotach łączących nas ze wszystkim. O suflowaniu słów i konieczności mówienia nowych. Poetka, za Peterem Barrym, mogła by pytać: „Jakie zmiany porządku świata są niezbędne, by poprawić sytuację i czy zmiany te nieuchronnie muszą wiązać się z ograniczeniem naszej wolności. (…) Czy nasze własne życie – uzależnione od książek, studiów i stron internetowych – może być mniej uwikłane?”2. Gdzie szukać odpowiedzi? Krok dalej, głos z tych wierszy, runie z urwiska. Runie w dół. Być może jesteśmy po to, by asekurować upadek. Od chłodu zacząć wycieczkę ku ciepłym krajom, ku błyskom mórz, ku leśnym uroczyskom:

Grudzień rozpisuje pierwszy ze swoich dni. Ruch przeciwko
chłodowi, nadepnięty żołądź, cierń dzikiej róży wchodzący
w skórę policzka. Śnieg jak pleśń.

Wieczorem przeglądam domowe rośliny: pędy asparagusa
wyciągają się ku jasnemu, kalatea składa liście do nocy,
liść żyworódki kładę na język (co i wam polecam).

Coś teraz biegnie przez las – myślę. Coś teraz biegnie
przez las, możliwe, że podjęło trop i rośnie.

4.

Nowym rozdziałem w poezji Lebdy jest pomieszczony w tomie cykl Pory miejsc. Gęsta i gorączkowa proza poetycka, zbudowana na repetycjach i szczelinach w istnieniu, skąd na rzeczy i słowa pada cień. Prozy o porach dziennych i nocnych, zamknięte w dobowym cyklu życia pamięci i nieświadomości. Jakby głos, który wyszedł od Przybosia, pomieszkał chwilę u Julii Hartwig (momentami te kadry prostotą przypominają późnego Kornhausera), i zaczął swoje tu, w Mer de Glace, mając żywo w pamięci Pokrewne, Krystyny Miłobędzkiej. „Jeśli ciało jest wdzięczne, praca mięśni / przypomina dobry wiersz”. Zostaje bieg, obserwowanie gwiazd, łączenie się wód, wychylanie się ku światłu. Bieg rzeczy i znaczeń, ruch temu domowi, podwórku i światu. W mroku biegnie coś i rośnie. Jak się położyć twarzą do trawy, słychać jak wschodzi. Jak widzieć pełną obręcz księżyca, to tylko w asyście łodyg, dźwigających się ku górze. Języki ognia: „Każda czułość / inaczej używała języka”. Pierwotne pozostają gesty, pozostaną słowa. Ogień podkładany pod buk. Inne cienie zim i lat. Noc wlewająca w kieliszki spokój i cisza, idąca wraz ze świtem. Podnosi się czoło, wolno, jak wzrok, jak strzaskane deszczem zboże. Zawsze jest się stąd i jest się spoza. Jest się językiem, „szeptem, / który posługuje się dialektem map”. Jest się wewnątrz, na wyciągnięcie ręki, o krok, tu. I nie ma się dość. To ciągłe uleganie ubywaniu, metamorfozy stanów, pór i póz. To zaczynanie od wyobraźni, od patrzenia, które jest rozmową. Z ciała: dziesięć:

Przecięło dzisiaj głos dziecka wołającego
zaginionego psa. Ta skala: jeszcze ma się
nadzieję, ale w gardle rośnie wilgotne.

[Bartosz Suwiński]

1 M. Lebda, «Lepiej być kogutem, który pije w nocy, / czy człowiekiem, który nie wie, o co mu chodzi w dzień?». O wyobraźni, która może nas uratować, [w:] Ekokrytyka, pod. red. K. Wojciechowskiego, Poznań 2018, s, 65.
2 P. Barry, Ekokrytyka, tłum. zbiorowe, [w:] Literatura i jej natury. Przewodnik ekokrytyczny dla nauczycieli i uczniów szkół średnich, P. Czapliński, J.B. Bednarek, D. Gostyński, Poznań 2017, s. 35.

media/img/grafiki/lebda_mer_de_glace.jpg

Piętnasta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Maria Bigoszewska, Złodziejska kieszeń, Szczecin, Bezrzecze 2021. Wydawnictwo FORMA.

1.

Poezja Marii Bigoszewskiej w dotkliwy sposób opowiada o ograniczeniach jakie niesie w sobie egzystencja wpisana w ciało. Świadomość ciała rodzi fatalność. Kobieta wydaje na świat wiersze i traci w milczeniu kolejne słowa. „Żadne łzy nie ukoją rzeczy bolesnych” – mówi ich bohaterka. Odwiązuje kolejne supły wiążące ją z życiem, zdziera przy tym naskórek i nie daje po sobie poznać bólu. „Wybrać pewność, że nic oznacza nic”. To wynik ostatecznego rachunku i zadanie wciąż do odrobienia. „Dla człowieka obolałego relacja z własnym ciałem oznacza nieustanną percepcję samego siebie, a wówczas ból staje się cierpieniem”1. Język bólu artykułuje wiele tonów i półtonów, które należy usłyszeć. Iwona Smolka lata temu pisała: „Niemal każdy utwór Marii Bigoszewskiej jest niepodzielny”2. Dziś byśmy dodali: niezbędny. Tkwi jak drzazga pod skórą. Boli.


2.

Czas i choroby redukują nas do kropki. To wiersze o traceniu siebie, dni, wersów. Nad obojętnym niebem, przesłoniętym kurzawą z prochu. Uczenie się zapominania to lekcja pożegnań: zawsze trwałych, separujących od treści, chwilowo odroczonych. Ból może kaleczyć język, wersy bywają wtedy bardziej podatne na zranienia. Nieobecność jest ich przeznaczenie, niepewność to ich los. Umiemy ocalić tylko konwencję, resztą zarządza umowność. Jedyną stałą jest niestabilne życie. W wyrwach i brakach odpowiedzi znajdujemy nasze fotografie. „Linię losu przenika rdza”. Nie dowiemy się skąd przychodzi światło i dokąd zmierza mrok. Dlaczego głodu sensu nie da się zaspokoić? Dlaczego błogosławiona ziemia nie odwzajemnia miłości? Doskonałe są tylko grzechy, a prośby o lepsze jutro, nigdy niewysłuchane. Zaciekle dbamy o niepamiętanie. Czy warto? Czy umiemy ocalić to, co niczyje?

Kto nie miał w życiu nic,
posiadał życie. Lecz czy je wybrał? Kiedy?
Sowo, jaskółko, wrono. On nie wie. I wy też.

3.

Pisanie poezji jest zajęciem organicznym, anektującym biologię do swoich nocnych i dziennych spraw. Repetą z niepoznawalności. Wersy tyle samo zakrywają, co odsłaniają. W ich prześwitach mieszka skulone światło, nakryte pledem – szarą troską bijącą od wszystkiego, co można mieć (za swoje). Poezja dolorystyczna jest dyscypliną samotności. W Głodnym wersie, rozpoczynającym tomik, czytamy:

Kobieta karmi swoje ślepe ciało
i wsuwa się do środka
wiersza powoli, palec po palcu,
mówiąc: zrób to ze mną.
Zrób to ze mną bez słowa,
przenieś nad pustą kartką.

4.

Poezja pogodzona z krańcami, w chybotliwym świecie, jak mało która, pewna, że rufa wiersza w końcu rozbić musi się o skały. „Zgoda, ciągle istnieję. / Tylko po co?”. To liryka ostatecznie bezbronna i definitywnie porażona śmiertelnością. Wyciągamy ręce ku światu i nigdy nie wiemy, co weźmiemy (do siebie), a co zostanie nieodkryte. To literatura pewna kresu i świadomie wyzbywająca się zbędnych retuszy. Mowa o wierszach nagich, obnażających złudzenia, dających głos niewygodnym prawdom. Gęstych jak woda zamarzająca w przerębli. To poezja bolesna, w swojej cielesnej nagości, nieszminkowanej pocieszeniem. To wiersze harde, o dobitnie pewnej kropce, poza którą nie zostanie nawet biel kartki. Minimalistycznie poprowadzone w słowach, przejmująco negujące wszystkie konsolacje. Siła frazy Bigoszewskiej polega na oszczędnej linii, zawiązanej w supeł. „Poezja Marii Bigoszewskiej w tym węźle łączącym jawność i skrytość jest jedną z najbardziej tajemniczych”3. Nie zaciśniemy go bardziej, a próbując go rozplątać, zaczynamy odczuwać ból. To historia samotnego ja porzuconego w ciele. Głos drżący od zimna, wyściełany piwnicznym chłodem. Niecierpiący na nawroty nadziei. Posłuchajmy Głosy, zmierzając w znajomy brak odpowiedzi – bez żalu, z troską o znaczenia:

Znów słyszę coś, czego nie ma.
Ktokolwiek mówi do mnie z ciemności – nie,
nie rozumiem. Być może prosi,
by ze mną pójść lub by go trzymać za rękę.
Lecz wracam sama i czuję tylko ulgę,
która nie przeciska się przez usta.

[Bartosz Suwiński]

1 M. Schwob, Arcyludzki wirus,, przeł. J. Kuza, Katowice 1999, s. 83.
2 I. Smolka, Śmiertelne ciało, [w:] tejże, Dziewięć światów. Współczesne poetki polskie, Warszawa 1997, s. 12.
3 P. Matywiecki, Węzeł, [w:] tegoż, Myśli do słów. Szkice o poezji, Wrocław 2013, s. 338.
4 P. Matywiecki, Węzeł, [w:] tegoż, Myśli do słów. Szkice o poezji, Wrocław 2013, s. 338.
5 P. Matywiecki, Węzeł, [w:] tegoż, Myśli do słów. Szkice o poezji, Wrocław 2013, s. 338.


Czternasta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Wyjście na orbitę (prolog)

Na ziemi,

interesują mnie rzeczy najmniejsze, przeoczone, marginesowe, często poniechane. Te, które nie świecą brokatem po oczach, a pod naskórkiem kryją drzazgi. Ważą i znaczą. Są zapalnikiem do wewnętrznych peregrynacji i pogłębiania człowieka w sobie. Dobra poezja włącza w swoją orbitę detale i drobiny codzienności, o których często zapominamy w dzisiejszym, nastawionym na bieg (zaraz stanie się gonitwą), świecie. Ile ptaków widzimy każdego dnia? Jakie drzewa mijamy w drodze do pracy? Kto bez wahania odpowie na tak postawione pytania? Wokół same żywioły, przecinające nas drogi i myśli, muzyka i ruch – proch, pojedyncze tchnienia:

Cmentarz,
całe to zimne, szare pole betonu
pobrzękuje
jak sekcja dęta1.

*

Wiem, że to brzmi trochę protekcjonalnie, ale jestem zdania, że za kilka dekad bardzo mało osób będzie widziało świat swoimi oczami. Poezja jako szkoła stawania blisko rzeczywistości, która niejako zwróci nam świat, w miejscu którego stoją dzisiaj emoty i apki. Więc, z jednej strony (i każdej innej), nieuprzedzone patrzenie, widzenie czegoś (zawsze) po raz pierwszy. Idzie bowiem o ciągłe zwracanie uwagi na rzeczywistość, która jest naszym stawaniem się w sobie (a potem dopiero sobą). Robert Haas:

Są dni, kiedy nietrudno powiedzieć
że szybki puls krwi
w żyjącym ciele
jest wszystkim, co jest2.

*

Im dalej widzę, tym bardziej rozleglejszy horyzont. Im więcej jestem wstanie objąć świata, tym bardziej go pomieszkuję, w nim się zadomawiam. Moje ambicje są skromne. Nawet bardzo. Chciałbym aby w wierszu czytelnik dostrzegł coś, co (na co dzień) umyka, nie naprasza się uwadze, jest niepraktyczne, stąd pomijane i nieistotne. Bo poezja to aktywność efemeryczna. Pozwalająca lepiej rozglądać się po sobie, szukająca nam dla Drugiego kontekstu, w którym jego słowa, okażą się pomieszkiwać w tej samej macierzy, co nasze. Wisława Szymborska uczyła nas, że nie ma pytań pilniejszych od tych naiwnych, a wiersz – tu już Miłobędzka – ma być prosty jak podanie dłoni. Te dwa wskazania stale mam z tyłu głowy. Ana Blandiana:

Jako dziecko zauważyłam, że liście
Drżą w rytm mojej myśli,
I kiedy się oddalałam, łodygi roślin
Pochylały się, gotowe zerwać się i podążyć za mną3.

*

Poezja to nieustanna nauka widzenia. Umiejętność bycia w świecie, a nie obok świata. Kto wie, czy to nie największa łaska poezji, próbującej wpisywać nas w to, co j e s t? Zamiast biernie przyglądać się rzeczywistości, projektować działania, ufać projekcjom – skok w sam środek działania, w ruch, pęd. Yusef Komunyakaa – Metoda rytmiczna:

Jeśli dostrzegasz bluesa
na morzu, raz jasnym, raz ciemnym,
jeśli czujesz, jak robaki pełzną
przez podziemną ścieżkę
pod naszymi krokami, wtedy,
Kochanie, tak, czujesz rytm4.

[Bartosz Suwiński]

1 D. Jonas, Częsty przechodzień, przeł. M. Lipszyc, Gdańsk [roku nie podano], s. 85.
2 R. Hass, CZbierając jeżyny. Wybór wierszyC, przekł. zbiorowy, Kraków 1997, s. 18.
3 A. Blandiana, Moja ojczyzna A4, przeł. J. Kornaś-Warwas, Gdańsk 2015, 51.
4 Y. Komunyakaa, Pochwała miejsc ciemnych, wybór, przekład i wstęp K. Jakubiak, Kraków 2005, s. 84.


Trzynasta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

William Stanley Merwin – Imię powietrza

1.

Wiersz rodzi się z chybotliwych chwil. Z migotania słów, łapiących w swoje ciągi kolejne zdarzenia, odsłaniające się poecie w skrytości. Poezja wyrasta z wewnętrznej gleby, gdzie niektóre ziarna wschodzą, inne zaś trwale obumierają. Pisanie jest zbiorem plonów, które w poecie powstają, dzięki ciągłemu zanurzaniu się w tajemnicę zarysowujących się horyzontów. Pisanie rodzi się i pędzi w świat. Pisanie asekuruje życie przed upadkiem. Wiersze przychodzą nie wiadomo skąd, nie wiadomo kiedy. Chcą zaistnieć, przebić się ze swoim mrokiem na światło. Budować z odprysków, czerpać z karnawału widzenia. Są przeciąganiem przestrzeni na swoją stronę, zaglądaniem wstrzymanemu czasowi pod podszewkę. Ich odległość przywraca nam niezbędny dystans. Zmierzch w zimie:

Słońce zachodzi w zimnie bez przyjaciół,
Bez wyrzutów, po tym co dla nas zrobiło.
Zachodzi nie wierząc w nic.
Kiedy zaszło, słyszę, jak biegnie za nim strumyk,
Wziął ze sobą swój flecik, bo droga daleka.

2.

Źródła biją pod ziemią. Próbujemy się do nich dobić, odtworzyć w sobie wzruszony puls. Mity podpowiadają nam, gdzie wypływają wody. Pamięć staje się żarówką, w ciemnej izbie, z której wychodzimy po omacku, na drogi, gdzie głosy prawie wcale nie milkną. Głos rozpoznaje swoich bliskich, w dalekich echach. Idąc, odchodzimy. Świat doskonale obywa się bez nas.

Tak jak dziś, pisząc po trzech dniach deszczu,
Słysząc jak śpiewa strzyżyk i ustaje ulewa,
Zmierzając nie wiem ku czemu

Merwin doskonale pojął i rozwinął intuicję R.M. Rilkego:

Wszystko zasadza się na cierpliwym dorastaniu, a potem – rodzeniu. Dać możliwość doskonalenia się każdemu wrażeniu i każdemu ziarnu uczucia całkowicie w środku, w ciemności, w tym, co niewypowiedziane, w nieświadomym, w sferze, której nie sięga nasze rozumienie, i oczekiwać z głęboką pokorą i cierpliwością godziny nadejścia nowej jasności (…) nie rachować, nie liczyć, wzrastać jak drzewo, które nie ponagla swoich soków i stoi ufnie wśród wiosennych burz, bez obawy, że mogłoby nie nadejść lato1.

3.

Poeta jest sumą swoich doświadczeń. Bywa lekturą, widokówką, impresją, nutą. Jego wersy biorą się z uważności, zasłuchania, wypatrywania, doglądania, zauroczenia. Poezja jest niepokojem myśli, otwartym pytaniem, furtką otwartą na ogród. Wzrokiem zanurzonym w żywiole. Merwin sięga po szamańskie zaklęcia, jest czujny wobec pochodu barw, emblematów z jej powierzchni i głębi. W rozmowie z Julią Fiedorczuk, równolatek Ashbery’ego, który mieszkał na wyspie Haiku (na Hawajach) z kilkoma set posadzonymi przez siebie palmami, podsuwa nam wyznanie:

Nie powinno się pragnąć pewności, w żadnej sprawie. Nigdy nie wiem. Zawsze nie wiem. To bardzo ważne – nie wiedzieć. Dlaczego martwić się o odpowiedzi? Po co nam odpowiedzi? Odpowiedź to koniec rozmowy, pytanie – to początek. Zawsze trzeba mieć w sobie pytanie, bo to właśnie z pytania, a nie z odpowiedzi, bierze się poezja2.

4.

Ponad nami sznur białych wiader
pełnych starego światła wraca do domu

teraz nawet to co robimy
dociera do nas po długich wędrówkach
gdy już jesteśmy inni

[Bartosz Suwiński]

1 R.M. Rilke, Listy do młodego poety, tłum. J. Nowotniak, Warszawa 2010, s. 31-32.
2 Już tylko o ogrodach. Z W.S. Merwinem rozmawia J. Fiedorczuk, „Tygodnik Powszechny” 2013, nr 25, s. 43.

media/img/grafiki/merwin.jpg

Dwunasta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Małgorzata Lebda – Sprawy ziemi

1.

Wiersze Małgorzaty Lebdy są zapisem myśli (wspomnień, snów, rojeń) pojawiających się podczas organicznego kontaktu z przyrodą. Bohaterka tej poezji stale ćwiczy się w uwadze na to, co przychodzi do nas, ze strony natury. Pokazuje, że jesteśmy jedną wspólnotą, podzieloną na różne ciała i organizmy. Poetka upomina się o braci mniejszych, mówi w imieniu zwierząt, pszczół, istnienia, którego cierpienie nie znajduje świadectwa w mowie. Dlatego dochodzenie do granic własnej fizyczności, bywa często w tej twórczości momentem krystalizowania się poetyckiego słowa, które waży więcej, jeżeli okupione jest wysiłkiem – forsowaniem własnej zwierzęcości. To poezja niezwykle zmysłowa, która w podrygach i chuciach, erotyczne napięcie splata z krańcem i kresem. Oddechy spełnień, pierwsze i ostatnie tchnienia, łączą się z morowym powietrzem. Dużo się patrzy, choć świat nie zawsze odwzajemnia naszą uwagę i troskę, choć zawsze na moment wstrzymuje nasz bieg, kiedy łańcuch bytu, szczęknie pustką, po kolejnym burku, zapamiętanym tępym hukiem. To poezja wyobraźni wracającej do swojej macierzy, która szuka swoich zadr, ale i fascynacji, nowalijek zachwytu. Dosadne kadry dobitnie obezwładniające brutalnym pięknem. Poetycka etiuda, w której Mateusz (grany przez Franciszka Pieczkę w filmie Żywot Mateusza), spotyka Justine (z Melancholii Larsa von Triera).

nad ranem siostra dopytuje: a co jeśli
śnią nas przywleczone przez psy łby
uckermärkerów?

w odpowiedzi całuję jej fioletowe usta
by zabrać z niej fragment choroby
i ponieść dalej w świat

2.

Autorka Matecznika pokazuje nam jak na wolnym powietrzu krystalizują się nasze myśli. Kadruje moment pozbywania się kolejnych cywilizacyjnych osadów, jeśli fizycznie człowiek otwiera się na świat i uważnie przebywa w naturze. Śmierć jest w tym poetyckim świecie stale zadomowiona i ma się dobrze. Świat tych wierszy bywa kontradykcją wobec religijności małej wsi, jest zanurzony w plemienności i obecny w rytuałach. Obrzęd jawi się często jako bezrefleksyjny, a ofiara, choć zawsze jest słuszna, nigdy nie przestaje być opresyjna. Zabobon miesza się tu z fascynacją, sprawianie zwierząt z rodzącym się podnieceniem. „Chorujemy na świat, zdaje się mówić Lebda. Miłość polega zatem na tym, by chorobę – pisze Paulina Małochleb – choć na chwilę oddalić”.

moje siostry przypominały chore ptaki
kiedy pierwszy raz zobaczyłam je nagie
ich ciała pokrywała wietrzna ospa

wystawiały wtedy fioletowe języki
do wiszącej nad boazerią maryi

3.

Dla życia poświęca się tu życie – krew to w końcu urodzaj, mięso to nasza codzienna hostia. Natomiast rezonujący w dorastającym ciele erotyzm, kanalizowany bywa w micie, zanim ten na dobre, nie rozbije się w końcu o teraźniejszość. Szorstki, porowaty świat tych wierszy jest jak wymyty w jeziorze, martwy czerep klaczy. Bo życie to – mówi Lebda – infekcja, którą krew przenosi dalej. I zawsze zostają w końcu zimne usta, zimne dłonie. zbliżenie: rój:

z sowiny obserwujemy przeloty ptaków
ich płynne ruchy przypominają ciało rzeki

odgłosy kormoranów przywołują zimowy las:
chłód pracujący w łyku łamaną gałąź modrzewia
chrzęst mięsa w pysku lisa

[Bartosz Suwiński]

media/img/grafiki/lebda.jpg

Jedenasta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Salvador Espriu – Skóra byka i inne utwory. Wybrał i przeł. z katalońskiego F. Łobodziński, posłowiem opatrzyła A. Sawicka

1.

Poezja Salvadora Espriu (1913-1985) jest jak nocny wiatr, kładący się lekkim podmuchem na polach i cmentarzach, a kiedy poderwie się znowu, by pędzić przez kolejne płyty i liście, będzie nowy dzień. Póki co, powoli gasną światła, leniwie nadciągają cienie, ciemność jest mianownikiem dla wszystkich przypadków zmierzchu. Odgłosy dzwonów zastygają w swojej apatii, bierność krajobrazu pozwala zapomnieć o jego osobowych cechach. Wyobrażam sobie, że z ust tego katalońskiego poety, padają i takie słowa: „Nad opuszczonym kamieniołomem krąży kania. / Zostałem posłany na świat po jej ekstatyczny krzyk / i potem długo już po żaden inny dźwięk”1. Aż do teraz. A, i tu często jesień mieszka w pozostałych trzech porach roku:

Wiatr, lasy – umierają,
całując powolne
światło wieczoru.
Armie nocy nadchodzą
samotnymi drogami.

2.

Człowiek jest sam, jego słuch się wyostrza, przeszłość śpiewa pieśni, których echo czasami przynosi nam zwątpienia i rozpacz. Ślepe wieszczki śpiewają swoje daleko, ale my idziemy do nich, na skróty, we wszystkich odcieniach świateł. To poezja szlachetnych miar, na wersach której spotyka się uschłe słowa i kwiaty, rzucone jak zaklęcia. Noce mogą separować od siebie nasze cisze, a spojrzenia obracać się mogą wokół niczego, szukając budujących widoków. „Dzisiaj ktoś we śnie powiedział: / trzymaj, w tej karafce / jest czysta woda, gdyby spleśniała / ta w sercu”2. Wiersze Espriu są modlitwą języka, koniecznością słów, które lepią swoje golemy sensu. W innych oczach szukamy siebie, w innych sercach znajdujemy odpowiedzi, ale czasami oczy nas nie poznają, a serca gwałtownie uchylają się od bicia. W deszczu:

W deszczu dokoła
drzewa, droga, milczenie,
dalekie życia.
Bez żalu się przyglądam,
jak mój ślad się zaciera.

3.

Z głębi ciszy nadchodzą kroki, w głębinach mieszka pamięć wszystkich roztrzaskanych luster, pomnażających piękno. W niewzruszonej ciszy kwitnie uwiąd. Królestwo dnia i nocy należy do tych samych gwiazd, których światło wciąż widać, choć został z nich proch. Spokój dnia może być twój, jeśli droga nie pomyli cię z przechodniem, a zboża zawołają do ciebie po imieniu. Na dnie oczu zawsze pozostają jakieś resztki. Gospodarujemy na wielkich połaciach, pyłem, a potem wracamy do malutkich izb, by w kącie nie przeszkadzać pająkom. Snujemy przykurzone wątki, kilka z nich zawsze się powtarza: dom, ziemia, kobieta, las. Każdego ranka przychodzimy z tej samej ciemności, do innego światła. Znikamy w oddali, pozostajemy na swoim miejscu, zwalniamy w czasie chwile. Mielimy do kości, by udał się chleb. Wychodzimy naprzeciw i nikt nam nie odpowiada. To, co nieuchwytne, znajduje się wewnątrz. Skóra byka:

Noc nasza ciemna, ucho
strwożone, słucha, jak
rozległą skórą byka,
na oklep na złych snach,
zbliżają się niechybnie
głośne śmiechy bez warg.

4.

Kiedy umiera nam przyjaciel, w naszych wierszach szloch przestaje być słowem. Lepiono nas z gliny, której dobrze nie wypalono. Jestem i nie ma mnie – bawimy się w zapalanie i gaszenie. Człowiek i poeta są tym samym grajkiem, ale inaczej nastroili swoje instrumenty. Jeden opiera się na rymie, drugi na asonansie, a wszystko w bieli wiersza. Nurt, morze, chmura. Nikt nie pociesza, nie dolewa łez do rzeki. Poezja pomaga odkryć siebie, potem horyzonty. Najpierw się widzi, potem rozumie, choć nie za każdym razem. I to jednak jest pocieszające. „Wychodzimy światu naprzeciw o świcie, z imieniem przypiętym / na piersi niczym muszla na pelerynie pielgrzyma, i wierzymy, / że tym imieniem będą nas nawoływać ptaki. Ale nikt nas nie woła! / I kiedy jesteśmy strudzeni wędrówką i dzień chyli się / ku zachodowi, krzyczymy oszalali ze strachu, żeby nie zgubić się / w ciemnościach: «Kim ja jestem?». / I nikt nam nie odpowiada”3.

Stare, kruche srebro przemienia się w wieczór
zastygły w jasności nad polami.
Ziemia w sidła czułych uszu
Schwytała ptaki pieśni powietrza.

5.

Żeby poczuć się wolnym, bywa, że trzeba porzucić nawet wspomnienia. Wiersze Espriu opowiadają o człowieku, który swoje życie zostawił w słowach, dla innych, i oni może powiedzą, kim był, a raczej, jest i będzie. Może na (te) głosy odpowiedzą. Tylko to spojrzenie, co nas przekracza, ustala nasze pojedynczości w jedności. Poezja o tym, że mogę być sobą i tobą, ale nim nigdy. Tylko ten, co widzi dalej, ma władzę nad słowami, w literach ich upadku. Słowo dzieli się z nami ogniem, i pokarmem. Skrawkiem ziemi, pomiędzy człowiekiem, a człowiekiem:

Tak, możesz mnie spotkać, jeśli się ośmielisz,
za odrętwiałą nicością tych
drzwi, tu, gdzie żyję i wyczuwam
tęsknotę i wołanie Boga, i jestem,
wraz z nocnymi ptakami mojej samotności,
człowiekiem bez snu w mojej samotności.

[Bartosz Suwiński]

1 M. Komelj, Hipodrom, przeł. A. Wiedemann, Warszawa 2018, s. 124.
2 O. G. Valdés, Obraz, który trwa tyle, co życie. Wiersze wybrane, wybór O. G. Valdés, M. E. Cichocka, przeł. M. E. Cichocka, Kraków 2018, s. 27.
3 L. Felipe, Kim jestem? Wiersze wybrane, wyboru dokonał i wstępem opatrzył A. M. Márquez, pod red. M. E. Cichockiej, K. Okrasko, przekł. zbiorowy, Kraków 2019, s. 38.


media/img/grafiki/salvador.jpg

Dziesiąta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Bartosz Małczyński – Wierszem zbawić ludzkość. Poezja Anny Świrszczyńskiej

1.

Bartosz Małczyński to historyk literatury i eseista bardzo skrupulatny i drobiazgowy. Operuje retorycznym światłocieniem. Czyta w sposób niespieszny, wyczerpując wszystkie poziomy sensów, linijka po linijce, detalizując wiersze jak aptekarz odmierzający ingrediencję do kolejnych farmaceutyków. Długie godziny, późno w noc nasłuchuje poezji, dostrajając się do jej polifonicznych tonów, dodekafonicznych dezercji znaczeń. Kiedy wiersz mu coś mówi, nie myśli, co sam zaraz powie. Słucha. Pozwala nieść się przesłaniom i wybrzmiewać. Mógłby za Józefem Wybickim do Kajetana Węgierskiego, powtórzyć: „wiersz poważam wiele”1. Dlatego pozwala mu wejść w skórę, nie ponagla, nie pospiesza. W szkicu Muzyka i poezja, Maciej Cisło notował: „Większość słów szumi w nas jak wiatr i snuje się niczym wełna, z której upleciona jest poetycka tkanina wokółziemska. Mówienie jest o b j a w o w e, jest przede wszystkim naszym muzycznym w y g l ą d e m”2. Pisanie zaś to nasza g r a. Na marginesie poezji Jerzego Lieberta Małczyński dekadę temu notował: „Muzyka zawiesza istnienie świata, albo raczej zawiesza istnienie wobec świata. Melodie pełnią funkcję konsolacyjną, zamieniają żale w odczucie piękna, trzymają przy życiu”3. Posłuchajmy zatem wierszy – tego co i jak mówią.

2.

W swojej nowej książce, poświęconej poezji Anny Świrszczyńskiej (która za swoich antenatów uznawała Leśmiana i Rilkego), główny temat, raz po raz kontrapunktuje perseweracjami i repetycjami, jakby jego książka, była historycznoliteracką fugą, opalizująca światłem pisma, wokół kilku wątków. A te w czytelniku rezonują, obramowane mocnym konturem. Bo autor «Bocznych odnóg, ciemnych jam», zgodziłby się z pewnością ze Stefanem Napierskim, który w 1928 roku, wyznawał: „Poeta zamknięty jest w świetlistym wielościanie; jest w samym centrum płomiennej latarni. Ten, kto stoi w ciemności stającego się świata – raz-po-raz ogląda odmienną jego, przesuwającą się twarz. I tylko on jeden – z zewnątrz – wie, że ruchome sygnały, języki ognia liżące wzburzone morze, jedno mają serce”4. Jego puls staje się dla autora Zestrojenia krytycznoliterackim stenogramem. Pisząc we wcześniejszej książce o Karpowiczowskiej antropologii, zanotował przecież: „człowiek to istota, która skazana jest na błądzenie poprzez noc ku światłu i której nazwa powinna mieć jasny sens, jeśli chce się jej w ogóle używać w odniesieniu do kogokolwiek”5. Zatem czyste tony ciemnych poruszeń. Człowiek wpisany w trwogę, maskujący myślami lęk. W myśl zasady, że „Grzech otwiera Szatanowi wrota piekielne i ukazujące panoramę «mrocznego, nieogarnionego oceanu bez granic». Właściwie już wtedy rozszczelniają się dla ludzi bramy Edenu, za którymi zaczyna się rozlegać ta sama bezkresna ciemność”6.

3.

We wstępie, pisze: „Pomiędzy biegunami afirmacji i monstrualizacji życia rozciąga się wyraźna linia nakreślona na mapie poetyckiej XX wieku przez autorkę Czarnych słów”. Znamienna bowiem dla jej poetyckiej dykcji jest „korelacja uczucia strachu i grymasu uśmiechu”. Małczyński pokazuje poetkę – która pracę magisterską o motywach biblijnych w poezji Jana Kasprowicza obroniła w 1932 roku – nie mogącą przejść obojętnie wobec ludzkiej krzywdy. Debiutuje w 1930 roku na łamach „Płomyka” wierszami Śnieg oraz Szopka. W Dziale Wydawniczym Związku Nauczycielstwa Polskiego, gdzie podejmuję jedną z pierwszych prac zawodowych, poznaje Józefa Czechowicza. Jej pierwszy tom, Wiersze i proza, ukazuje się w 1936 roku, a pochlebnie wypowiada się o nim Władysław Sebyła. Ślubu z Janem Adamskim (który zostawi ją potem dla Haliny Poświatowskiej) udziela jej Karol Wojtyła. Tyle fakty. Małczyński przedstawia Świrszczyńską jako poetkę empatii, stałego wychodzenia ku drugiemu człowiekowi, która wierzyła (podobnie jak Maria Konopnicka) w społeczną funkcję wiersza, jego umiejętność krzepienia wrażliwości i budzenia sumień. Poezja była dla niej aktywnością stawiającą znak równości pomiędzy ludźmi. Autorka Wiatru chciała, aby wiersz mówił głosami zwyczajnych ludzi, którzy odnajdą w nim swoje troski i zmartwienia, nadzieję i radości. Jej poezja rozpisana była na namiętność i gwałtowność wstrząsającą ciałem i elementarną potrzebę pielęgnowania życia wewnętrznego, opartego na doskonaleniu się w etycznych naukach. Autor Rozwiązywania tekstów, pisze o dzieciństwie poetki, dorastającej w zasadzie w malarskiej pracowni ojca: „Świat kultury oddzielał więc rzeczywistość codzienną od stale powracającego odczucia grozy, otaczał egzystencję rodzinną być może iluzorycznym, lecz w swej iluzoryczności skutecznym woalem bezpieczeństwa, kurtyną ochronną w teatrze życia i śmierci”. Dalej Małczyński zaznacza, że trwoga pełni w tej poezji funkcję unifikującą, zaś sama poetka, całą swoją twórczością, oponuje wobec elementarnej zasady przemocy, której bezwzględność rządzi światem istot żyjących. W wierszu W schronie czekając na bombę, czytamy:

Wszystkich otwiera trwoga,
łączy trwoga,
oczyszcza trwoga.

4.

Ciekawe wydają się paralele między Świrszczyńską, a Różewiczem (znali się i cenili wzajemnie), sygnalizowane przez Małczyńskiego, który piszę i tak: „Świrszczyńska z uporem wierzyła, że wierszem można «zbawić ludzkość», a nawet cały świat. Żyła w idealistycznym przekonaniu, iż poezja powinna stanowić domenę przydatności i pomocy”. Hołdowała myśli, że poezja jest wyrazem indywidualnego dramatu, pokłosiem którego jest cierpienie, będące nieoszacowanym źródłem mądrości. A poeta „Powinien być jak pokój, co składa się z samych okien otwartych szeroko na świat”7. Powinien być niczym pudło rezonansowe, przepuszczające przez siebie spazmy i jęki, umęczonego świata ludzi, ponawiających codzienne utarczki z rutyną. Przeczytajmy Moje cierpienie:

Moje cierpienie
jest dla mnie pożyteczne.

Daje mi prawo pisać
o cierpieniu innych.

Moje cierpienie to ołówek,
którym piszę.

5.

Świrszczyńska to poetka, która nie wstydzi się natchnienia, a wiele jej fraz dyktuje anioł gorączki, diabeł maligny. Pragnąca mówić najprościej jak się da, aby jej słowa potrafiły dowartościować i opowiedzieć innym o wzruszeniu i zachwycie, o naiwności i pasji. Poezja ludzkiej biedy, sercem zwrócona ku ofiarom przemocy. Rozedrgana jak ciało w konwulsjach. Pieśni niepowetowanych krzywd, bólu, którego sens pozostaje zakryty, nie do końca dostępny, rzadko kiedy zrozumiały. Wersy autorki Budowałam barykadę odbiera się organicznie. Rezonują wstrętem wobec oprawców. Kanalizują stres bycia człowiekiem – jej liryczne nerwy zerwane są jak z łańcucha psy. W poetyckim świecie Świrszczyńskiej człowiek często redukuje się do czynności podtrzymujących życie. Nieprzerwanie balansuje na cienkiej jak cerata granicy, między otuchą, a rozpaczą. Małczyński: „W jej ujęciu to nie myślenie stanowi źródło i dowód istnienia, lecz samotność oraz nicość w obliczu bezmiaru wyznaczają punkt wyjścia dla wszelkich możliwości wypełniania się człowieczeństwa”. Wzbiera Wiatr:

Ogniu, pal się we mnie.
Krzyku, krzycz we mnie.
Ciszo, milcz we mnie.
Wietrze z czterech rogów świata,
wiej przeze mnie.

Rzeko płyń, chciałoby się dopowiedzieć. Płyńcie słowa, okalajcie naszą bezbronność. Zetknięcie z ziemią odbija się w tym, co piszę, przekonywała Świrszczyńska. Pierwsze zarysy brzmień i treści powstają w transie. Każdy wiersz jednorazowo stwarza sam siebie, swoją poetykę i swojego czytelnika. Poezja jest bowiem jak rzeka. „Wody rzecznie nie zadomawiają się. Wygnane z macierzystego źródła, wiją się po dnie koryta, podlegając jego reżimowi, a w ostateczności uchodzą zeń bezpowrotnie”8.

[Bartosz Suwiński]

1 J. Wybicki, Poezje wybrane, wyboru dokonał i oprac. A. K. Guzek, Warszawa 1982, s. 22.
2 M. Cisło, Muzyka i poezja, „Poezja” 1980, nr 3, s. 9.
3 B. Małczyński, «Boczne odnogi, ciemne jamy…» Studia i szkice literackie, Opole 2011, s. 36.
4 S. Napierski, Wybór pism krytycznych, oprac. J. Zięba, Kraków 2009, s. 89.
5 B. Małczyński, Rozwiązywanie tekstów. Poetyckie polimorfie Tymoteusza Karpowicza, Kraków 2010, s. 235.
6 B. Małczyński, Oczyść swą duszę ze śmierci… Aksjologiczny wymiar twórczości grupy Creation of Death, [w:] Artyści i sceny metalowej (kontr)kultury, red. J. Kosek, Kraków 2020, s. 63.
7 A. Świrszczyńska, Wstęp, [w:] tejże, Poezje wybrane, Warszawa 1973, s. 16.
8 B. Małczyński, Zestrojenia. Szkice o literaturze, muzyce i dobroci, Kraków 2017, s. 116.



Dziewiąta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Adam Zagajewski – Substancja nieuporządkowana

1.

W swojej ostatniej eseistycznej książce, Adam Zagajewski (zmarł w wieku siedemdziesięciu pięciu lat, 21 marca 2021 roku, w Międzynarodowy Dzień Poezji), już we wstępie, przypomina nam, żebyśmy pamiętali o tym, że w każdej społeczności, poza głównymi nurtami, toczy się rozmowa mniej drapieżna (i doraźna), skromna, dotycząca spraw kardynalnych: sensu ludzkiego życia, przeznaczenia człowieka i sztuki, roli literatury i muzyki w pojedynczej egzystencji, związków nowoczesności z tradycją. I zrazu zastrzega, że dawniej wielkość człowieka objawiała się głownie w metaforach, dziś jedynie w faktach. Bo metafory to nie snobistyczne widzimisię, a próby znalezienia miejsca w języku, aby pomieścić w nim tajemnicę, wciąż „twardą jak najtwardsze orzechu”. Bo „Tyle ciszy marnuje się co wieczór. / Tyle jest dźwięków, których nikt nie słyszy”1. A dziś, zamiast poszukiwać substancji, zadowalamy się powierzchownymi relacjami, i za obcowanie z niechlujną rzeczywistością płacimy odpowiednią cenę, nawet, kiedy wiemy, że myślenie nie jest już modne. Zagajewski mówi do nas z miejsca, które w swojej wyobraźni, przypisywał Miłoszowi, kiedy konstatował: „mówił ze spłachetka suchego lądu, nieustannie zalewanego przez fale rozpaczy”2.

2.

Poeta zdaje nam relację ze swojego zachwytu, zwierza się z literackich sympatii i predylekcji, zaaferowany opowiada o muzycznych inspiracjach i inklinacjach, co jakiś czas popadając w momenty zadumy, kiedy próbuję odpowiednie dać rzeczom słowa. O Gałczyńskim powie, że nawet zżymając się na jego światopoglądowe wybory, odzyskujemy mores, w starciu z jego bujną wyobraźnią, od której człowiek łagodnieje. O Julii Hartwig, że jej poetyckie gesty cechuje efemeryczna lekkość, że niepewność wzruszeń dodaje tym strofom odwagi. Bo mowa o poezji dyskretnej i szlachetnej, która prowadzi nas drogą od obserwacji do mądrości, a wiersze odsłaniają się na przebłyski innego porządku, na metafizyczne sfery niedocieczonych zagadek. Czytając wiersze Baczyńskiego, mówi autor Anten, o ich asocjacyjnych gorączkach, o ciężkich febrach fantasmagorycznych wyobrażeń, przywodzących momentami na myśl, nieustająca w ruchu, poezję Juliusza Słowackiego. I jeszcze, że Szymborska stale „poszukuje coraz to nowych przebrań dla lirycznego impulsu”, a literackie wtajemniczenia mogą zacząć się od jednego zdania czy książki. W przypadku Adama Zagajewskiego, momentem akcesji w świat słów stała się edycja prozy Brunona Schulza, wydana w 1964 roku, nakładem Wydawnictwa Literackiego.

3.

Zagajewski pisze również o tym, że muzyka, podobnie jak poezja nie ma adresu. Wydarza się wszędzie, we wspólnym splocie marzeń i tęsknot, jakie przypisują jej żywi: „Co łączy poezję i muzykę? Poezja”3.Poeta mówi dalej, że współczucie nie potrafi niekiedy wyprzeć z obiegu bierności, ale bez niego, świat staczał by się w coraz ciemniejsze kręgi i doły. I, że nie możemy pozwolić – pomimo wszystko – aby opuściła nas radość. A w zasadzie, chwilę drobnych przyjemności, kiedy promienie układają się w jasne, czytelne wzory, a świat sprzyja naszym myślom, troskom i oczekiwaniom. Jak w wierszu Ostatni dzień roku:

Purpurowe słońce wchodzi
między czarne pnie drzew
i dotyka ich poufale.
Gdzieś daleko szczeka pies,
jeszcze dalej rodzi się gwiazda
o nieznanym imieniu.
Świat wydaje się gościnny
i obcy zarazem, ciasny
i nieskończony,
obojętny na przepowiednie.
Cicho suną sanie,
obracają się koła rowerów.4

4.

Najbardziej frapujące momenty w esejach Zagajewskiego, to te fragmenty, w których autor próbuję powiedzieć, czym jest dla niego poezja i jak rozumie jej posłannictwo. Poezja nie ma mocy zmiany świata, ale może łagodzić ciosy jakie spadają na zwykłych ludzi. Żyje na marginesie ludzkich zatrudnień, wydawać się może ryzykowna, nie gwarantuje żadnej stabilizacji, raczej mnoży wątpliwości. Nie jest niezbędna, nie można traktować jej z pragmatycznym nastawieniem, co najwyżej może stać się częścią naszej świadomości i podświadomości. Bo prawdziwa poezja to spotkanie świata wyobraźni z duchem, choć czym jest jedno i drugie, nie wiemy. Wiemy natomiast, że epifanie i impresje są momentami marzenia, a „spotkania z płomieniem sztuki zostawiają coś po sobie”. Dobry poeta to człowiek, który godzi się na własny los i z powagą przyjmuje jego kaprysy. To ktoś, kto nie stawia granicy pomiędzy radością a smutkiem, gdyż te są zwykle nieuchwytne i ruchome. Poeta niesie w sobie muzykę swoich wierszy, z nadzieją, że ktoś znajdzie w jego melodiach, alternatywę wobec tego, co jest. Nie wiemy czym jest poezja, nie wiemy jak zaplanować poruszenia umysłu, drgania serca. Czy ważniejsze jest to co jest, czy to czego nie ma? Pisze Zagajewski: „Poezja ocala przez to tylko, że nie odwraca się od tego, co jest codzienne i powszechne jak chleb, że jest solidarna ze zwykłym człowiekiem, że szuka co prawda tego, co wyższe, ale nie snobuje się na wyższe sfery, zawsze wraca do ludzi i rzeczy pokornych, zwyczajnych”. Uczy dystansu. Ironia pozwala nam nie popadać w nadmierne wzruszenia, zaś każdy moment ekstatyczny, niesie w sobie pochwałę istnienia, bowiem tak działa ekspresja rodząca się z czystej kontemplacji. Nie da się wysłowić sedna sztuki, można co najwyżej, obłaskawiać formę. Literatura wzmacnia fundamenty naszych wewnętrznych budowli, stale powiększa objętość ziemi, składającej się na osobne, pojedyncze parcele, z których dobrze patrzy się w przeszłość. W tym patrzeniu, warto spojrzeć na eseje Adama Zagajewskiego. Przystanąć w Bramie5:

Czy kochasz słowa tak jak nieśmiały czarodziej kocha chwilę ciszy –
już po występie, kiesy jest sam w pustej szatni, w której
płonie smolistym, tłustym płomieniem żółta świeca?

A potem wrócić do domu, posłuchać Mahlera: „To mistrzowski muzyczny portret tego, co to znaczy żyć. Gdyby ktoś nie wiedział, czym jest życie, niech słucha tej muzyki z jej szybkimi zwrotami i zmianami, dramatami, kryzysami i zachwytami, które odzwierciedlają wspaniały, nigdy nieznużony warsztat, jakim są nasze umysły i serca”.

[Bartosz Suwiński]

1 A. Zagajewski, Płótno, Warszawa 2002, s. 64.
2 A. Zagajewski, Poeta rozmawia z filozofem, Warszawa 2007, s. 60.
3 A. Zagajewski, W cudzym pięknie, Kraków 2007, s. 86.
4 A. Zagajewski, Jechać do Lwowa, Warszawa 2009, s. 74.
4 A. Zagajewski, Anteny, Kraków 2005, s. 61.



Ósma odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Yvon Le Men – Tu i tam

Poezja powitań i pożegnań, ostatniego horyzontu, którego cień kładzie się na wszystkim, co nazywamy tu naszym, swoim. Ledwo zarysowującego się światła, po tamtej stronie obecności. Opowieść o pojedynczym słowie, które przecież wypływa ze swojej macierzy, pracuje w nim pogłos przodków, niesie się echo tych wszystkich, dla których służyło. To wiersze przekonujące nas, że w momentach granicznych, w sytuacjach ostatecznych, być może jeszcze tylko poezja, może pomieścić w sobie żal i tęsknotę, radość i rozpacz, życie i śmierć. Gazeta:

Odkąd
odeszłaś
pozostawiając swoje imię

szybko wyryte
na kamiennym nagrobku

twoje ślady
jeszcze pozostały w ogrodzie

odkąd odeszłaś

inni
też odeszli

odnajdując swoje nazwiska
w gazecie

Jeden po drugim
nam mówią

że żyje się między dwiema datami
że umiera się na końcu
duszy
która idzie
wszędzie
gdzie nie ma ciała

na wieki wieków.

Poezja Yvona LeMena to również historia oka goniącego ku kolejnym widokom i twarzom. Wersy godzące się z porami roku. Pozostające w zażyłości z tym, co można zabrać ze sobą na drogę. Bohater tych wierszy idąc, pyta: czy zerwany czas istnienia, zszywa w całość moment śmierci? Czy umieranie jest koniecznością narodzin, czy możliwością życia? Wiersze o tym, że odchodząc, zostawiamy przecież ślady. Opowiadające o ciszy, która mieszka w krzyku. To wreszcie linijki prowadzące nas do ludzi, by wymienić słowo na zrozumienie, spojrzenie na czułość, uścisk dłoni na ciepło, czas na bycie. By być tuż, obok.

Drogę rygluje wiatr
żółte barwy

szaro nasycone

Pływy morskie rzucają się
z całą siłą do rzek

Kto odgadnie jak daleko sięga echo dzwonu w tej dolinie?

[Bartosz Suwiński]


Siódma odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki – Ciało wiersza

1.

O poezji Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego wiele się powiedziało, wiele się napisało. Jest to Lirnik Mazowiecki, z przemyskim rodowodem – nikt zaprzeczać nie będzie. A, że jego rapsody niosą się od łąk po strzechy – wiadomo. Dlatego punktem wyjścia niniejszego szkicu jest próba przeczytania Ciała wiersza, starająca się wyzerować wszystkie oczekiwania czytającego. Czy da się jednak zupełnie zignorować wszystko, co już się w głowie na temat tych wierszy, uleżało? Będę starał się nie spodziewać spodziewanego. Będę próbował zostawić w tyle cały polonistyczny i prywatny sztafaż, starając się porzucić własne przekonania, czy rozpoznania. Chciałbym zaaplikować sobie lekturową amnezję i przeczytać te wiersze tak, jakby się słuchało muzyki po raz pierwszy, kiedy jeszcze nie bardzo wiadomo, co z czym połączyć. Dlatego raz jeszcze chciałbym nazwać i opisać tony i półtony, pauzy i sola, wszystko, co składa się na melodię Dyciowego wiersza. Od nowa. Czasami zerkając w uczone woluminy.

2.

Wiersze mają ciała, receptory poznawcze, czułe czułki odbierające rozmaite sygnały, system permanentnej zmysłowej gotowości na odnawianie postaci znanego, najeżone elektrycznością końcówki nerwowe, połączenia naczyniowe z innymi życio(o)biegami, palące się na czerwono synapsy. Wiersz jest strukturą chybotliwą, jest odpryskiem od rozgrywającego się wewnętrznego dramatu, choć przecież jest on jedynym świadectwem metamorfoz, którym ulega pojedyncza świadomość, wpisana w ciało, zapisana po stronie życia. Tajemnicze są krańce do których peregrynują wersy Tkaczyszyna-Dyckiego, ich przeznaczeniem jest ustanawianie minionego, zapis głosu niosącego refreny. Utwory Dyckiego są jak rumowiska pogruchotanych chwil, z których radość uleciała z pierwszą lepszą kurzawą: „ciemność jest wszędzie tam / gdzie widzisz siebie”. Wiersze pielęgnują pamięć zadr, katalogują doznane krzywdy, są kroniką zranień, gdzie doznane razy, wracają w przesłaniach kolejnych wierszy, odprawiających swoje guślarskie perseweracje, tańce nad gasnącymi ognikami oczu. Tak, by dopełnić miarę smutku, zszyć to, co rozpada się na stronie, pruje w ściegu wiersza. Ostinato psychotycznych wariacji. Piosenka o źdźble:

wiersz psuje się od głowy
kiedy niczego w nim nie ma
nadal więc zgłaszam
zapotrzebowanie na ketrel

i pernazynę cip cip maleńka
niech mi się napisze jeszcze jedna
piosenka cip cip malutka
nie rozmawiajmy dziś o skutkach

ubocznych wiersz bowiem psuje się
od głowy z uwzględnieniem
pozostałych członków przy czym największy
ból sprawia nam byle źdźbło

3.

Język polski to matecznik, gleba gotowa na siew. „Dycki jest archeologiem słowa. Nie chodzi przy tym wyłącznie o to, że sięga po archaizmy, w żadnym razie. Chodzi raczej o to, że poeta ma niezwykłą świadomość słowa, która uwzględnia ich biologię i historię (są one w tych wierszach niczym żywe twory, które mają też swoje historie”)1. „Dycki jawi się wiec jako performer używający poezji, choć przecież jest też arcypoetą, poetą lirycznym jak się patrzy”2. „Poezja Dyckiego opiera się na scalaniu imion”3. Może ojczyzna poety jest równocześnie jego wygnaniem? Przeczytajmy XXII:

dla polszczyzny jestem gotów
zapodziać się w każdym
mateczniku (przymierzam się właśnie
do wierszy Artura Międzyrzeckiego)

4.

Wiersze Dyckiego są transowe i dotykają najbardziej dotkliwych, bolesnych dla egzystencji rzeczy: choroby, tracenia zmysłów, oswojenia własnej świadomości ze swoim ciałem. Mówią o tożsamości, która stale bywa sabotowana przez różne języki, podręczniki, punkty widzenia, oczekiwania. O wymigiwaniu się od roli (społecznej, publicznej, prywatnej) jaką wypada nam podjąć, jak dodatkowe środki, by myśl o debecie była gwałtowna i nie czepiała się nas dłużej. Dycki w sposób wirtuozerski bajdurzy o naszej seksualności, która powoduje, że często zostajemy zredukowani do swoich żądz i pragnień, a podmiot zamienia się we własnego zakładnika, który rozpiera się w zbyt małej celi pogmatwanego umysłu, a frustracje kanalizuje w repetowaniu, powtarzaniu na głos(y) swoich roszczeń i chuci. Wracają echem te same imiona, rzuca się je tu jak zaklęcia, mające ożywić to, co już zasklepiło się w czasie i opadło, po całym fermencie, na dno, zostawiając osad, który zalega i nie pozwala widzieć czysto, choć śpiew niesie się bez jednej fałszywej nuty. („Każda piosnka przebolała, co na usta wschodzi, / Zda się, jakby żałowała, że się na świat rodzi”4). Bo poezja jest jedynym miejscem na ziemi, gdzie niczego nie można oczekiwać, nie wiadomo, co dostanie się w zamian, niepotrzebność wiersza, niepraktyczność jego uposażenia jest wspaniałą odtrutką na pragmatyczne, zorientowane na zysk, czy określone reakcje, działania. Rytualne zwrotki Dyckiego stale odnawiają źródło mowy. Poezja to dla autora Kochanki Norwida ciągłe ponawianie pisania, układanie słów z martwych ciągów, palenie lampek wierszy na nagrobkach zapadłych rymów, na ziemi z kości zzutych przez czas, z wersów i fraz zatartych inskrypcji, z metafor na zetlałych kartkach. Fragment modlitwy:

pierwsze drzwi były pełne brudu
i drugie i trzecie dały się
otworzyć tylko poprzez Pana Boga
który mnie natchnął (to jest

interweniował) pchnął je w związku
ze mną abym dostąpił nieba
wówczas rzekł Pan: „wprawdzie
nie przychodzisz czysty

ale też nikt nie przychodzi do mnie
bez skazy i zmazy oprócz tekstu
(w którym staramy się pokazać od najlepszej
strony) oprócz tej oto modlitwy”

5.

Człowiek jest stale uwikłany w swoje myśli, ciało, w popęd i śmierć, w bycie i niebycie. Historia staje się kłębkiem nie do rozplątania, a przynajmniej, nie da się przy tym nie pobrudzić rąk. Pamięć staje się starą śpiewką, którą tu się powtarza z nową orkiestrą ale ze znanymi instrumentami. W gruncie rzeczy Dycki pisze jeden wiersz, do którego prowadzą liczne drogi i wersy. Częstotliwość i pasmo jego liryki się nie zmienia, a jeżeli już, to są to drobne przesunięcia, semantyczne wahnięcia, lekko podkręcone nadajniki. Dycki to prawdziwy kuglarz. Poeta uników i tricków. Bohater jego wierszy raz jest poważny, choć w swojej powadze stroi miny i dąsy, innym razem – być może się zgrywa – podszywa wszystko ironią, z drugiej strony, kiedy mówi niezbyt serio, ma się wrażenie, że stawka wiersza jest śmiertelnie poważna, i nie wiadomo kto pierwszy odejdzie od stołu, kto pierwszy zamaskuje strach, ukryje przerażenie:

każdy z nas czeka na ciało
wiersza lub na coś
zgoła jeszcze większego

6.

moja matka Hrudnycha
moja prababka Hałapatycha
wszystko mi się rymuje
wszystko zresztą można zrymować

i upiększyć nawet własną
ukrywaną przed Marią gorszość
nigdy jej nie powiedziałem
moja matka banderówka przeszła

przez piekło i ciotka Marinka
siostra Bukity odleciała
w Lisich Jamach tylko ja się
obroniłem dzięki tobie

[Bartosz Suwiński]

1 A. Dziadek, Styl somatyczny – Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, [w:] tegoż, Projekt krytyki somatycznej, Warszawa 2014, s. 92.
2 M. Koronkiewicz, Wirujące talerze. O kłopotach z czytaniem Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, [w:], Fort Legnica, Port Wrocław, Stacja Literatura. 25-lecie Biura Literackiego, red. A. Niewiadomski, J.M. Ruszar, R. Sioma, Kraków 2020, s. 148.
3 J. Momro, Imię i hipostaza, [w:], Pokarmy. Szkice o twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, red. P. Śliwiński, Poznań 2012, s. 92.
4 T. Lenartowicz, Poezje. Wybór, wybrał i oprac. J. Nowakowski, Warszawa 1968, s. 878.



Szósta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Jakub Ćwiek – Topiel

Łobuzerskie wprawki i przyspieszony kurs dorastania. Chłopacka opowieść z wielką wodą w tle, i paroma innymi wątkami. Topiel zaczyna się 4 lipca 1997 roku. Za trzy dni powódź stulecia zaleję Dolny Śląsk i Opolszczyznę, a z mętną wodą popłyną dobytki i gospodarstwa, nadzieje i wspomnienia. „W smrodzie stęchlizny, którego nie dało się wywietrzyć ani pokonać chemią, na wojskowych materacach, barłogach, wsłuchując się w oddechy dzieci, których nie mieli gdzie zabrać, gdzie wywieźć, chociaż były, kurwa, wakacje, leżeli i myśleli. Nasłuchując, czy ktoś skrada się do drzwi, których nie dało się zamknąć na klucz, wpatrzeni w sufity, które jeszcze tydzień temu obiecywali sobie odmalować, pytali się raz za razem: co teraz?”. A woda szła jak po swoje, śmielsza i śmielsza.


To rzecz o chłopcach na skraju lata. O tym, że trzeba mieć odwagę, aby sięgać po najlepsze jabłka. O wakacjach, wracających w snach jak zgrany szlagier. Książka udowadniająca, że nawet największe dramaty, nie zasłaniają swoim cieniem, przepastnych dni nastoletniości, kiedy każde zdarzenie może być początkiem przygody, a ta pozwala zapomnieć o tym, co dookoła, nawet jeśli to uwiera bardziej niż zwykle. O tym, że są ludzie płochliwi jak sarny, i ci pełni furii, zaraźliwej, porywającej. Powieść o tym, że jak nam niczego nie brakuje, zawsze chcemy więcej, i że być może, nic bardziej nie boli niż pamięć pierwszych rozczarowań. O tym, że ludzie i tak wrócą na swoje, chociaż tutaj wypaczone drzwi i okna, meble pokryte szlamem, odłażące tapety, myśli w których stoi woda. Człowiek przecież zawsze gdzieś wraca i ma do wykonania pracę. Nawet kiedy pytanie o jej sens, pozostaje bez odpowiedzi.


To w gruncie rzeczy powieść formacyjna, w której Ćwiek, opisuje nastolatka. Kogoś, kto wciąż wstydzi się dziecka w sobie, ale dorosłego nadal po sobie nie znajduje. Proza zawadiacka, gdzie dramatyczne zdarzenia, stają się tłem dla pierwszych inicjacyjnych wprawek, jakie pojawiają się w życiu dorastających chłopców. To również zdania o nostalgii za latami 90-tymi, ich obyczajowością i codziennym kolorytem. O strachu pomieszanym z ekscytacją. O tym, że świat opiera się na przypadku, który tłumaczymy myślą, słowem, uczynkiem. To już trzydziesta książka Ćwieka, który w swojej twórczości meandruje od fantastyki po bajki dla dzieci. Ciągle konfrontuje się z rozmaitymi poetykami, celuje w nieoczywiste stylistyczne wisty, swobodę popkulturowego szczegółu, rodzaj sztubackiej dezynwoltury. Topiel to zapowiedź nowego otwarcia. Już wkrótce: Drelich. Prosto w splot.


[Bartosz Suwiński]



media/img/grafiki/topiel.jpg

Piąta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Piotr Szewc – Tymczasem

Wiersze Piotra Szewca nie są nachalne, ani nie epatują prywatą, choć prawie zawsze wyrastają z tego, co najbardziej osobiste: zawiązywania paktu z losem, wysycania zmysłów, formowania charakteru. Ich przestrzenią jest prowincja, stojąca jakby z boku głównych nurtów, trwająca siłą niewzruszonych przyzwyczajeń i odwiecznego porządku. Świat tych wierszy bywa niezwykle plastyczny. Sprawia wrażenie nieokiełznanego, jakby dalej trwał na uboczu, wydarzał się w bocznej odnodze czasu. Czytając tę poezję, często mam wrażenie, jakby strofy Szewca były odlane w bursztynie, zostały unieruchomione w przeszłości, w całej swoje krasie, w samym centrum tamtych zdarzeń, jakby wrzawa życia zastygła, w magmę wiersza, na zawsze. To wersy na wskroś intymne, ułożone i odleżane, otwierające przed nam przeszłość zamojskiej ziemi, której smak, zapach i ciepło, wciąż w sobie noszą i przechowują. Przeczytajmy Przetak:

Jakim imieniem krowa Raba zapisana była
w dokumentach dlaczego kolega dziadka pan
Wawryn wrócił z Ameryki do Sitna można
załatać powygryzany przez myszy przetak
ale kto mi zaceruje pamięć ze ściętymi drzewami

runął pejzaż na ulicy Młyńskiej nie ma ściany
pod którą sąsiedzi wyrzucali popiół zostały
resztki ułomki urwana między porzeczkami
ścieżka skarcony za złą odpowiedź uczeń opuścił
głowę dusze szepczą chmury milczą

Nostalgia jest charakterystyczną nutą w poezji Szewca. Organizuje pracę pamięci, ocala obrazy z gruzów dzieciństwa. To wiersze kruche i delikatne, w których plątają się dawno zapomniane głosy. Szewc dba, aby stale podsycać ogień melancholii, który nieprzerwanie trawi jego wersy (sporo z nich przywodzi na myśl kreski Józefa Czapskiego). Tęsknota za czasem dzieciństwa i młodości, gdzie wszystko było pierwsze, nowe, kiedy wytyczało się dopiero ścieżki, do miejsc jeszcze nieznanych, to sprawy najbardziej zajmujące bohatera tych strof, podzielonego na życie dawne, lublinieckie, i obecne, warszawskie. Niestrudzenie wciąga go przemijanie, zanikanie, znikanie, odchodzenie. Wszelkie formy minionego. Czytamy Sagan pana Kawy:

Wysoki i pękaty, stał na rozgrzanych fajerkach węglowego pieca. Mocny,
jak przystało na naczynie z żeliwa. Pan Kawa parował w nim ziemniaki
dla kur i świń. Zaglądałem do niego, wąchałem pachnące ugotowanymi
łupinami wnętrze. Ja rosłem, a on wciąż był taki sam. I jest nadal, choć
nie ma pana Kawy ani tamtego pieca. Trzymam się ucha sagana, a może
to ucho mnie trzyma, bym zachował jego kształt i chropawą pod palcami
dziecka skórę.

Świat u Szewca jest prosty w swej powtarzalności, a przyroda surowa. Człowiek pozostaje tu w stałym uścisku z krajobrazem, a poeta jawi się jako strażnik pełniący cichą warte nad krzątającymi się po wierszach ludźmi, zajętymi dziennymi sprawunkami, zaabsorbowanymi wieczorną modlitwą. Bezsprzecznie porą tych wierszy jest jesień, kiedy lato już prawie się skończyło, ale na dobre nie wyczerpało światła ze wspomnień. Jeszcze kartofle wygrzebuje się z żaru, dym szczypie w oczy, palą ogniska, drzewa rzedną, ptaki odlatują, zwierzęta robią się senne, nadchodzi letarg i czas kurczy się w sobie. Ale na wsi wszyscy zaaferowani sprawami mniejszymi i większymi, bo jeszcze sąsiedzi gadają o świecie, na podwórkach krzątają się zwierzęta, domy stoją wiernie jak psy, tylko czasem dach trzeba załatać, oporządzić obejście. Mgły snują się polami i wilgoć ciągnie do domów. Furmanka terkocze w oddali. Zmierzch rozciąga swoje ojcowskie ramię i wszystko cichnie. Sąsiedzi wpisani w codzienny znój. Wszystko jak zwykle. Na strychu zapomniane klamoty, w studni na podwórzu, niewzruszona woda. Kluczą krewni, zaglądają bliscy. I starka – wierna i oddana wnukowi. Babcia jest fundamentem tych obrazów, fotografii wywoływanych z nieistnienia. Wielka szpula:

Popatrz babciu czas toczy się jak wóz
po drodze do Sitna szczęśliwy Pimpek
biegnie obok weźmy panią Baronową
póki nie umarła może powie nam coś
ciekawego wiśnie kwitną i siąpi listopadowy
deszcz w mroźny poranek lśnią płozy sań
opartych o stodołę tam je kiedyś zostawiłem
wielka szpula owija się rzeczami dnia
codziennego jedno się klei drugie strzępi
trzecie urywa dawne miedze zaorane jabłonie
uschły między nimi włóczą się cienie głodnych krów

Być może w poezję Szewca wpisana jest nieredukowalna tęsknota za sobą (kimś) z przeszłości, za młodzikiem, który doświadcza wszystkiego po raz pierwszy, czysty, nieskrępowany oczekiwaniami, wolny od wiedzy, swobodny w działaniu? To wiersze o wielkiej pustce po nieobecnych, której nijak nie da się niczym zasypać. O samotności. Rozmowach, spotkaniach, urwanych słowach, ścieżkach, oddechach. O mijanych ptakach – świergotliwych strażnikach naszych poruszeń. Ale również o ascetycznej, warszawskiej egzystencji, ograniczonej do podstawowych gestów artysty: uważnego wypatrywania zdarzeń, wyłapywania nowinek pomieszanych ze wspomnieniami, luźnych obserwacji, wskrzeszania przeszłości, dotrzymywania kroku teraźniejszości. Szewc chodzi, patrzy, słucha. Ucieka w zapachy, sny, modlitwy. Łódź kaliska będzie na to dobrym przykładem:

Rozkołysana gałązka na niej
ptak wystarczyłoby a tu jeszcze
droga auta za szlabanem domy
duże i małe niebo bezchmurne
zielono świetliście wszystko
cały świat prawie

Poetycka technika Szewca polega na szybkim montowaniu kadrów. Wiele wierszy to niby dialogi, rozmowa wnuka z babcią, poety z przyjaciółmi. Dwa głosy prowadzone przez wersy jak pług przez pole. Szewc często zapisuje jakby logoreę z przeszłości. Jego głos to w dużym stopniu strumień świadomości, dla którego przeszłość jest początkiem i jednocześnie końcem. Poeta swojej ziemi, Padołu Zamojskiego, wierny jego geografii i formie. Rzadko wyciągający z rąk album rodzinny. Nie kryjący emocjonalnego przywiązania do niego. Zakorzeniony w rodzimym, rdzennym krajobrazie. W linearnym czasie (wszystkie jego wiersze opatrzone są datą roczną, w niektórych wypadkach poeta dopisuje również dzień i miesiąc), stale uprzytamniającym kurczący się horyzont. Wbrew pozorom, w swoich wierszach, Piotr Szewc nie wraca do domu w Czołkach. On stale ma go przy sobie – bezpieczne okolice przeszłości. Mówi: mam na imię Świadek.

[Bartosz Suwiński]


Czwarta odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Olga Hund – Psy ras drobnych

Zaczyna się tak: „Najpierw spadł śnieg i byłam bezradna”. Czas płynie teraz boczną odnogą, jest trochę tak, jak w Nocnym promie do Tangeru: „Czas biegnie tu dziwacznie wykrzywionymi torami. Są takie dni i noce, że za chuja nie wiesz, ani gdzie się znajdujesz, ani która godzina. Ludzie przychodzą i odchodzą”1. Trafiasz pod adres, by poszukać siebie. Miejsce: szpital psychiatryczny w Kobierzynie2. Diagnoza: pogarszający się stan psychiczny, depresja, samobójcze myśli. Objawy: zaleganie w łóżku, ogólny bezwład. Postępujący spadek energii, apatia. Może i takie refleksje: „Czasem myślę, że mogłabym się odnaleźć w świecie po apokalipsie. Puste, zielone lasy, drzewa, którym będę mogła nadać nowe, łatwe do zapamiętania nazwy. Czasem tylko jakiś pojedynczy, zagubiony człowiek na stacji kolejki podmiejskiej. Być może pomachamy do siebie albo odwrócimy wzrok, spojrzymy w inną stronę”3. A może niezborna gonitwa słów, nie układających się w żadne znaczenia?

Póki co, ludzie. Jednak. Z wyrwami w myślach i biografiach. Okaleczeni własnymi, nachalnymi myślami, do których nie sposób się przekonać. Nie identyfikujący obrazu w witrynie z sobą. Dotknięci smutkiem. Wielorakim. Z wyciągniętą ku sobie ręką, z medykamentami. Szukający siebie w lustrach. Trzaskających lustra w sobie. O zrezygnowanych spojrzeniach, zmęczonych słowach, odroczonych planach. Słyszący w słowach otuchę, a w głosie widzących przepaście. Ich ciała idą dalej, a głowy rezygnują, nie chcą im towarzyszyć. W oczach mają studnię z mętną wodą. „Wołają: obiaaad! Wlokę się na ten obiad jak na wszystko tutaj i jak wszyscy, bo na chuj się spieszyć?”.

„Ludzie myślą, że mężczyźni na oddziałach psychiatrycznych piszą poezję i traktaty filozoficzne albo siedzą za wywrotowe myślenie i działalność opozycyjną. Myślą też, że na oddziałach psychiatrycznych znajdują się tylko seryjne morderczynie, wiedźmy, mówiące językami szeptuchy, chore na pląsawice i wściekliznę potomkinie zwierząt urodzone z zębami i szóstym palcem. To też. Ale większość dziewczyn na oddziałach nie jest aż tak szalona i pamięta, co robili im ojcowie, wujkowie, mężowie, matki, co robił im Kościół, ZUS i rynek pracy”.

Ludzie zastygli w swoich pozach, nie potrafiący znaleźć odpowiednich furtek do rzeczywistości. Niejednokrotnie nie nadążający za wymaganiami i zmiennymi okolicznościami rynku pracy. Poważnie zniechęceni do świata. Ludzie nie wpisujący się w powszechne normy, często rozczarowani bliskimi, nie mniej niż sobą – światem, nie bardziej niż innymi. Szpital psychiatryczny staje się miejscem uniwersalnym, zanurzonym w codzienności uczuć i rozczarowań, poplątanych historii, ludzkich nieszczęść i tragedii. Ta proza pokazuje nam człowieka i siły destabilizujące jego umysł, plątające myśli i kroki. Świat, w którym przepaść między oczekiwaniami, a stanem dzisiejszym stale się powiększa. Gdzie aspiracje okazują się nie korespondować z możliwościami, gdzie ambicję, w konfrontacji z rzeczywistością, okazują się mrzonkami. Podobne rozczarowania przeżywa bohaterka opowiadania Natalki Suszczyńskiej: „Postanowiłam znaleźć sobie jakieś zajęcie. Sporządziłam listę wszystkiego, co mnie kiedykolwiek interesowało. Długo na nią patrzyłam: im dłużej, tym mniej mnie interesowało to, co mnie kiedykolwiek interesowało”.4

„Nasze zajęcia to omamy, fobie i smutki. I kombinowanie fajek. Różne transakcje. W całym szpitalu wali handlem. Ukraińskie papierosy za grosze, sprzedawanie ubrań, wymiana soków i mandarynek.
– Chcesz takie coś? Za fajkę?
– A co to jest?
– …no nie wiem, takie coś.
– Ale co?
– No, takie coś, nie wiem.
– Aaa! Takie coś do czegoś? Pewnie”.

Olga Hund pisze, że rozpacz może się nas trzymać tak mocno, jak firanka na solidnych żabkach. Opowiada świat ludzi kruchych jak faworki. W których wirują wściekle melancholie, podczas długich godzin, wielu miesięcy, nawet lat. Że czasami mówi się tylko dlatego, że ktoś jest pod ręką, a jedynym reflektorem, który roztrącić może mrok, są w ostateczności, nasze oczy.

„– Bo co to jest szaleństwo? Ta psychiczność? To my przyszłość na wolności wszyscy tak samo popierdoleni, prawda, jesteśmy, tylko tu się, pani Olgo, rozchodzi o to, jak se ktoś radzi z tym, no, rozczarowaniem. Czyli wtedy, jak ni chuja nie dostaje tego, czego chce. I jak się spokojnie rozczaruje, to zdrowy, a jak pokaże, ze jest rozczarowany, przykładowo, wyjebie we wiatę przystanka, a akurat patrol będzie jechał, to już psychiczność”.

Nasze słowa nie zawsze mają z nami wiele wspólnego. Kiedy myśli stają się zagrożeniem dla równowagi, rzeczywistość staje się pułapką. Na co przekładać to, co w sobie nosimy? Czy kamienie zawsze biją rykoszetami? „koniec wyprawy. mnie nie //// nastaje cisza”5.

[Bartosz Suwiński]

1 K. Barry, Nocny prom do Tangeru, przeł. Ł. Buchalski, Warszawa 2020, s. 89.
2 Jeżeli ktoś chce zbudować dla tej prozy kontekst, warto zajrzeć do Zapisków z domu wariatów, Christine Lavant.
3 E. Karlsson, Linia, przeł. D. Górecka, Warszawa 2020, s. 90.
4 N. Suszczyńska, Dropie, Kraków 2019, s. 158.
5 A. Mochalska, nie mam pytań, Łódź 2020, s.


Trzecia odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Trzecia odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego. Dziś dr Suwiński pisze o książce pochodzącego z Prudnika Waldemara Jochera PIEŚNI (do_)_ WIDZENIA. Zapraszamy.

Waldemar Jocher - PIEŚNI (do_ _)_ _WIDZENIA

1.
Na poetycką suitę Waldemara Jochera, najwybitniejszego dziś eksploratora lingwistycznych map Krainy Języka i Mowy, podejmującego drogę wydeptaną przez Witolda Wirpszę – którego wersy określają jedno z pragnień poety z Łąki Prudnickiej: „czystość zachwycenia dać może tylko / Spożywanie wytworzonego własnym wnętrzem / Niedostępnego towaru językowego bez słów”1 – składają się dwie części: Pieśń płytka i Pieśń płytsza. Niech obracają się na szpuli.

2.
„W destrukcję języka nie wierzę. Łatwiej się porwać z motyką na słońce niż z poetyckim eksperymentem na kod językowy. Zdanie rozpadowe w wierszu ma zawsze znaczenie lokalne, stanowi zakłócenie sensu, na czym widocznie autorowi zależy”2. Jocher wierzy w powtórne wiązanie. W redukcję prefiksu w słowie anty(- -)wiersz. W morfem stający się totemem. Niech kręci się taśma. A ćma leci do popiołu.

3.
Dzieło sztuki – zwracał naszą uwagę Wirpsza – jest mądra strukturą. Powstaje w panice i popłochu, jest przeciwieństwem artystycznego wyrobu. Jest „Ucieczką, w czasie której zgubić należy wszystko, co w zaprezentowanym temacie jest pozamuzycznego, co jest stereotypową nieczystością, co bruka artyzm”3. Tak ucieka Jocher – b a r o k i e m. Krok (za) krokiem. Przeciwko nawykom. Dyktatowi znajomego. Odbijając lakier na patefonie. A pod igłą się obraca. Czy temat przewodni wybucha jak raca w słowie raca?

4.
„Do istoty każdego słowa należy zwykle szeroki zakres znaczeniowy. Jest on tajemnicą języka. Język zaś dopuszcza, po pierwsze, że można go zdegradować tylko do systemu znaków, jednakowo przez każdego używanych, i przyjąć jako obowiązujący; po drugie, że w jakiejś wielkiej chwili język powiada jeden jedyny raz coś wyjątkowego, coś niewyczerpywalnego, ponieważ zawsze jest to początkowe i dlatego niepodatne na żadną redukcję”4. Ta druga możliwość to marzenie Jochera! Odnaleźć pierwsze nagranie autorskie, znane dotąd z opowieści asystenta.

5.
„Najogólniej rzecz biorąc, sądzę, iż wszystko, co w człowieku jest specyficznie ludzkie, przynależy do logosu. Nie jesteśmy w stanie snuć naszych rozważań w rejonach które wyprzedzałyby mowę”5. Wszystkie wersy Jochera razem wzięte są dowodami w tej sprawie. To świadkowie w procesach słowa. Mowy w stanie oskarżenia. „Język Winkelriedem SENsu!” – da się usłyszeć z sali.

6.
„Miłość, wiosna, każda piękna melodia, góry, księżyc, morze – wszystko przemawia człowiekowi do serca raz tylko: jeżeli w ogóle kiedykolwiek dochodzi całkowicie do słowa”6. Skryte, Jocherowe tęsknoty, w tych słowach mają swoje lustra. Patrzą sobie w oczy.

7.
„Naprawdę nikt nie patrzy słońcu w twarz: ludzki wzrok przed nim ucieka… czaszka Boga rozpada się… i nikt tego nie słyszy”7. Myślę, że podobne zwątpienia przeżywa bohater wierszy Jochera. Pod niebem wypranym z barwy.

8.
Na jednym oddechu: „głos długo unosił się w powietrzu nieoparty o nic / wrósł we mnie, pruł wątki, znajdując w martwych trwanie”8. Tom wierszy Jochera zaczyna się mottem z tej poetki. W ich lasach, wilki, noszą podobne kapturki.

9.
Źrenica oka to szczelina, a raczej fuga, skupiająca wiązki światła. W sylwetkach cieni niosą się tu widzenia. Zobaczyć, to nie jest to samo, co widzieć. W tym pierwszym jest już zdziwienie i akceptacja. W tym drugim, olśnienie i zrozumienie jeszcze się nie zasklepiły. Co w i d a ć w spojrzeniu Waldemara Jochera? Czy jego obietnice spełniają się wyłącznie poprzez język? Poeta chciałby zszyć formy słów z kształtem mowy. Znaczenie połatać z powierzchnią języka. Uczciwie opisać rzeczywistość, być dla niej odpowiedzią, a nie podłożyć wiersz w jej miejsce. Opisać co i jak:

ustronie zakopać od nowa. nikt tak nigdy nie mówił,
tuląc wargi jak śnieżne kule, malejesz im więcej
zdobywasz dźwięków. śnij mi i śpiewaj psalmy
nowe/stare


10.
To opowieść o człowieku wyrzuconym poza (nawias) źródła. Potyka się o rozbite symbole, koczuje na gruzach znaczeń, nie może przywyknąć, że słowom odebrano przeszłość, a te, co pozostały, odstręczają pustką, bo nie mieszka już w nich głos. Równania w dół, okazują się bardziej opłacalne, niż te w górę. Teraz jest jest: szemrane, przechodzone, poniechane. Profetyczny ton niesie się po tym pustkowiu wizją kresu, walają się kości. Nie ma skąd brać słów – oderwane od ciszy, wchodzą w swój mrok. Czy ci co unikają wzroku, zaznają wytchnienia? „puste oczy z martwych / piją ust”. Tam, gdzie płynęły melodie, ostał się hałas, wrzask, zgiełk. Nie ma już podziału na jasność i ciemność. Jest tylko jeden kolor – ziemski. Rozpada się związek ducha z prochem. Pozostaje piasek, ziemia, grunt. Kołacze się echo – niewiele dobrego uczyniliśmy sobie. I wraca tymi wierszami do ust, w których grzęzną kamienie. Troska o życie nie spokrewnia się już z człowiekiem. Choć ten może w kółko mówić… ale czy ktoś go jeszcze słucha? Trajkoczące trajektorię zagłuszają eter wysokich lotów. Ludzie okrążają końce, nim te, na dobre się nie zaczną. Rana z nami od rana, nie zabliźni się bliźnim, ten mówi do nas nara. „w gruzy wpycham język, // słaniam się i zasłaniam”.

11.
„Nigdy nie zobaczę swoich siatkówek, ale jest dla mnie rzeczą pewną, że w głębi moich gałek ocznych można znaleźć te bezbarwne i sekretne membrany”9. Jocher zapisuje ich drgania pod wpływem fal dźwiękowych. Wytwarza fale w wyniku pobudzania. Do drgań. Od grani. „rytm, bit i czkawka. rytm, bit i czkawka. rytm, bit i czkawka. rytm, bit i czkawka”.

12.
Ta poezja opowiada o jutrze. Ludzie, replikanci, transhumanoidy. Głos, który nie reprezentuje żadnego punktu widzenia. Twarz pozbawiona osobowego wyrazu. Wypaczone wartości, z których zostały ości. Walające się po kubłach, jak nieużyteczne protezy mowy. Język sprowadzający słowa do dźwięków, szumów, niezrozumiałej artykulacji. Rozmywający sens, rozwadniający znaki. Treści sprowadzone do ich graficznych reprezentacji. Zanik mowy. Erozja emocji. Unifikacja nastrojów, poglądów, zainteresowań. Skanowanie kodów nie odsyłających do żadnych towarów. Transfery danych od nikogo do nikogo, w chmurze, z której nigdy nie spadnie deszcz. Słowa od których odgradzać będą słuchawki w uszach. Komunikaty nie potrzebujące odbiorcy. Treści nie posiadające adresata. Żywe oblicza w martwej epoce. „prawdopodobieństwo nadejścia lądu z nieznanego kierunku dotyczy zbioru gleby”. Niech nam ziemia… „kim jesteś, skoro nie będziesz?”.

13.
„Poezja bowiem nie powstaje jako przekład wyobrażenia o charakterze wizualnym, pierwotnego w stosunku do tekstu; jest zapisem wewnętrznego głosu, równoczesnym do jego formułowania się, jest stenogramem podświadomości”10. Waldemar Jocher jest spadkobiercą nadrealistów, ale nikt nam o tym jeszcze nie powiedział. Kogo spotkamy przy jego stole?

[Bartosz Suwiński]

1 W. Wirpsza, Nowy podręcznik wydajnego zażywania narkotyków, Poznań 1995, s. 39.
2 A. Ważyk, Gra i doświadczenie. Eseje, Warszawa 1974, s. 42.
3 W. Wirpsza, Gra znaczeń. Szkice literackie, Warszawa 1965, s. 238.
4 M. Heidegger, Co zwie się myśleniem?, przeł. J. Mizera, Warszawa-Wrocław 2000, s. 178.
5 G. Bachelard, Fenomenologia obrazu poetyckiego, [w:] tegoż, Wyobraźnia poetycka. Wybór pism, wyboru dokonał H. chudak, przeł. H. Chudak, A. Tatarkiewicz, przedm. J. Błońskim Warszawa 1975, s. 365.
6 F. Nietzsche, Ludzkie, arcyludzkie, przeł. K. Drzewiecki, oprac. R. Mitoraj, posł. P. Pieniążek, Kraków 2004, s. 262.
7 G. Bataille, Doświadczenie wewnętrzne, przeł. O. Hedemann, Warszawa 1998, s. 104.
8 B. Rolando, Ostańce, Poznań 2020, s. 29.
9 M. Merleau-Ponty, Widzialne i niewidzialne, tłum. M. kowalska, J. Migasiński, R. Lis, I. Lorenc, wstęp, tłum. przejrzał, poprawił J. Migasiński, Warszawa 1996, s. 150.
10 S. Jaworski, Między awangardą a nadrealizmem. Główne kierunki przemian poezji polskiej w latach trzydziestych na tle europejskim, Kraków 1976, s. 68.

media/img/grafiki/Piesni-do-widzenia_.jpg

Druga odsłona LEKTURNIKA Bartosza Suwińskiego

Tym razem dr Suwiński pisze o książce Wojciecha Bonowicza "Tischner. Biografia". Zapraszamy. LEKTURNIK dostępny jest także na naszej stronie internetowej oraz fan page Biblioteki Publicznej w Prudniku.

Wojciech Bonowicz - "Tischner. Biografia"

W pierwszej kolejności, to książka o samym życiu i jego nieotamowanych możliwościach. O kontemplacji, która porządkuje wysypisko, jakie rutyna i codzienność, robi nam z głowy. To książka o myśleniu i jego służebnym charakterze. O otwieraniu horyzontów dla tego, co jest nam dane w swoim istnieniu. O tym, że światło poznać po cieniu.

Bonowicz rekonstruuje drogę myśli i życiowe wybory autora Myślenia w żywiole piękna i pokazuje, że ciągły namysł, jest ćwiczeniem w pogłębianiu własnej wrażliwości, kontradykcją wobec murszenia i stagnacji. Tischner przez całe życie starał się odkrywać siebie w innym i innego w sobie. Budował wspólnotę ludzi myślących, otwierających się na drugiego, by w dzielonych razem słowach, szukać wspólnych sensów. Uczył, że wolność życia polega na tym, że daje ono szanse skierowania go, na wyższe, niż ono samo wartości. W doświadczeniu ludzkim widział wiele niewiadomych – cierpienie, któremu uchylają się tylko kamienie. O człowieku mówił, że aby go zrozumieć, koniecznie trzeba dzielić z nim jego niepokój. Upominał się o dialog i komunikację, o wspólnotę, w miejscu instytucji. Uczył na nowo nabierać ochoty do życia, którą stłamsiła rutyna. Pokazywał, że bycie równocześnie tyle samo zasłania, co odsłania. „Człowiek, jak wszystko w przyrodzie, dojrzewa wtedy, gdy zaczyna – czytamy w szkicu "Wiązania nadziei" – przynosić jakiś o w o c”.

Tischnerowie robili powrozy. Józefa wydała ta sama ziemia, co Goszczyńskiego, czy Tetmajera – Podhale. Ma trzynaście lat i podejmuje pierwsze próby literackie. Powie: „Po wojnie rzucaliśmy się na wiedzę jak spragnieni na wodę”. 19 czerwca 1950 roku zapisuje się do seminarium, siedem lat potem trafia na Romana Ingardena i na filozofii będzie zgłębiał pisma Husserla. I…

Polifoniczna opowieść Bonowicza, z każdym rozdziałem, nabiera na sile, wciąga w swe kaskadowe rytmy, próbuje sprostać żywiołom. Tischner był życiem i pomagał być bardziej wolnym. Nie zostawił po sobie prawie wcale następców, podobny trochę do Norwida, wykuwał swą myśl w niewzruszonej skale, ale był wierny swoim przekonaniom, do końca. Zwykł mówić: „Złego kościół nie naprawi, dobrego karczma nie zepsuje”. I głosił: „Polska buduje się wtedy, kiedy w człowieku buduje się człowiek. Polska ginie wtedy gdy w człowieku ginie człowiek”.

[Bartosz Suwiński]


Pierwsza odsłona "Lekturnika".

Bartosz Suwiński zaprasza na autorską rekomendację lekturową.
Pierwsza dotyczy prozy Roberta Pucka.

Robert Pucek – Zastrzał albo trochę

Nowa proza Roberta Pucka jest febrycznie intensywna i rezonuje brudem, na który nie ma dobrych detergentów. Opisywany przez autora współczesnych bestiariuszy, o tezaurusowych inklinacjach świat, to suma niepowodzeń ludzi pognębionych przez czas, doświadczonych znojem i chorobami, wykolejonych własnymi nałogami, szczującymi ich jak wściekłe psy, ujadające od byle huku. To kosmos spraw dotkliwych, bo beznadziejnie przegranych, gdzie o fiasku starań chce się zapomnieć wraz z kolejną kolejką. To rzecz o widmach wyłaniających się z cienia i o cieniach, goniących za widmami. O metafizycznych miazmatach na dnie berbeluchy.

W tych delirycznych opowiadaniach widzimy świat ludzi, znajdujących we wspólnej, zgranej do cna, codzienności, momenty wytchnienia od suflowanej w kółko beznadziei, cepowatego braku perspektyw od ciemnych horyzontów, gasnących jak niedopałki wspomnień, świszczącego na wietrze obucha, gruchotanych kości, by ostatecznie uczepić się smużki dymu z sąsiedniego komina. To notoryczne ucieczki od skacowanej degrengolady, wypatrującej własnego końca do skacowanej degrengolady, wypatrującej własnego początku.

To proza bardzo uczciwa, dojmująco odpychająca, a przy okazji orbitująca wokół światła. Tak jakby Ci wszyscy opisywani przez Pucka ludzie, wychodzili w końcu ze swoich ciemnych uroczysk, na przesieki. Pisarz posługuje się frazą gęstą, skołtunioną wulgaryzmami, gdzie knajackie bajdurzenie zderza się z erudycyjnym refleksem, natchnionym popisem. Gdzie rynsztokowy ustęp, na moment epifanii, zamienia się w agorę, o greckim rodowodzie.

Literatura Pucka udowadnia, że w gruncie rzeczy, zawsze jest już po wszystkim, a owo nic, którym gospodarujemy, ubieramy w szaty premium, na przekór przeciwnościom. Zjazdy i detoksy wymieniają się z nadziejami i łomotami serca. To proza mająca temperaturę szczytowej maligny, urok steranej życiem kobiety, w której gaśnie dawny blask, ale w chwale jej dni! Przewracamy się tu o stosy petów, bo te przypominają wydmy, a z pustych butelek, moglibyśmy skonstruować rusztowanie dla jakiejś tam Skajtałer. W ostatniej dekadzie nie czytałem bardziej czułej, dyktowanej trzewiami, marskością wątroby, pijackimi omamami, ogarkami nadziei, i knotami zmierzchu, prozy. Z tą prozą jest jak z kieliszkiem, można się nie zatrzymać. Gałęzie świerków mogą trzymac się tu za ręce, a klon może prosić o jałmużnę. „O co żebrał klon? Może o ptaki, które niedawno odleciały, a może o to, o co żebrzemy wszyscy”.

[Bartosz Suwiński]

oprawa graficzna: Karol Stolarek

Lekturnik - dziennik lektur, notes wrażeń i zachwytów, pamiętnik słów. Miejsce, gdzie przecinają się ścieżki ludzi i liter. Czytanie rozumianej jako najlepszy sposób pogłębiania człowieka w sobie. Horyzont lektur i oczekiwań, stale otwarty na głosy. Laboratorium prawdziwych i fikcyjnych symulacji. Osobne i osobiste rekomendacje książek, które pozwalają nam lepiej rozglądać się po świecie i sobie. Przekonanie, że literatura to nieustanna lekcja wrażliwości - wychodzenie ku temu, co pojedyncze, jedyne, żywe. Ciągle ponawiane próby krygowania własnych oczekiwań i otwierania się na nieznane. Konteksty w których można donosić znaczenia dalej. Treści przepisane z wewnętrznych map.

Bartosz Suwiński, autor "Lekturnika"

O autorze:

Bartosz Suwiński, ur. 1985 roku w Kępnie. Poeta, krytyk literacki, doktor nauk humanistycznych. Adiunkt w Instytucie Nauk o Literaturze Uniwersytetu Opolskiego. Poezję, prozę, szkice krytyczne i artykuły naukowe drukował m. in. w „Twórczości”, „Odrze”, „Toposie”, „Frazie”, „Zeszytach Literackich”, „Polonistyce”, „Rzeczpospolitej”, Tygodniku Powszechnym”, „Nowych Książkach”, „Kwartalniku Artystycznym” i wielu tomach pokonferencyjnych. Opublikował tomy poetyckie: „Sehir” (Nowa Ruda 2010), „Bliki” (Warszawa 2013), "Odpust" (Gniezno 2013) „Uroczysko” (Poznań 2014), „Wyraj” (Szczecin-Bezrzecze 2017), i „Bura. Notatnik chorwacki” (Szczecin-Bezrzecze 2019) Nawie (2020). Monografię: „Pory poezji. Koncepcja czasu w twórczości poetyckiej Krystyny Miłobędzkiej” (Kraków 2017), „Anegdota o istnieniu. Poezja Haliny Poświatowskiej” (Kraków 2020), oraz książkę z esejami: „Po tej stronie rzeki. Szkice o poetach znad Odry” (Opole 2017) i wybór wierszy Jana Goczoła („Kosturem po korze”, Poznań 2018). Mieszka w Bystrzycy Kłodzkiej.

Na działanie literackie "Lekturnik" zapraszamy w każdy czwartek o godz. 17.00 (począwszy od 4 lutego 2021).

Fot. Sebastian Mikoś

Oprawa graficzna: Karol Stolarek

Baner Baner Baner Baner Baner Baner Baner Baner Baner

Nowe zdjęcia

WięcejPlus