Kliknij klawisz TAB i wybierz opcję klikając ENTER. Jeżeli przejdziesz całe menu WCAG, to okno schowa się i pojawi się ponownie treść strony.

Portier i inne opowiadania - Jan Polkowski
Przeszukaj aktualności POK
Tematy popularne w ostatnim czasie

Portier i inne opowiadania - Jan Polkowski

Jan Polkowski - Portier i inne opowiadania



1.

Na zbiór Portier i inne opowiadania Jana Polkowskiego składają się teksty: Trzydzieści trzy słowa, Maria i Józef, Portier i Trzy gracje. To cztery oddzielne historie, których mianownikiem jest próba odpowiedzi na pytanie, o sens pisania, literackiego powołania i nieustannych poszukiwań, pozwalających pisarzowi znaleźć odpowiednie formy, dla swoich wewnętrznych peregrynacji. W wymiarze ogólnym są to opowiadania o artyzmie, wymuszającym ciągłe szukanie dróg, pozwalających przekraczać siebie. Pisarz, tak rozumiem intencję Polkowskiego, to człowiek stale weryfikujący oczekiwania wobec języka, piszący w poczuciu niezaspokojenia i fiaska, gdyż nie ma mowy o perfekcyjnym opanowaniu narzędzia, któremu się z oddaniem, służy. To również fabuły o niespełnieniu, nigdy niezaspokojonym głodzie połączenia desygnatów z ich znaczeniami. Polkowski próbuje dobić się do źródeł żywego słowa, które nie zbratało się do końca z koturnem. Rysuje przed nami życie pod dyktando słów: nieraz cierpkich, nieraz budujących. I zdaje się, że za swoim protagonistą, mógłby powiedzieć: „Szukam świata poza życiem, poza mdłą egzystencją, z dala od byle jakiego czasu. Tajemnica i wspólnota – to mnie zawsze pociągało”. W jednym z wierszy zapowiadających nowy tom pod tytułem Łyżka ojca, konkluduje:

Oślepione słowa
nie chcą nazywać zapisywać
boją się pamiętać
o wszystkim co ludzkie
co obce1

2.

W pierwszych akapitach, Trzydziestu trzech słów, bohater opowieści, konstatuje: „Czy można wyobrazić sobie coś, czego człowiek mógłby pragnąć bardziej desperacko niż odzyskania własnego życia”? Opowiadania Polkowskiego, w najbardziej ogólnym planie, opowiadają historię skryby (kompozytora, malarza), osoby pożenionej ze słowami (nutami, sztalugami), która w pisaniu (komponowaniu, malowaniu) próbuje zmieścić siebie, i w słowach (dźwiękach, kolorach) znaleźć kąty, które od biedy, będzie mogła nazwać, swoimi. Fabuły w tym zbiorze wydają się poniekąd pretekstowe. Polkowski, stara się przede wszystkim dociec, czym jest artyzm, jak rozumieć, że ktoś został powołany do cechu osób piszących (komponujących, malujących), legitymizujących się słowem (melodią, obrazem)? Jaką płaci się za to cenę? Dalej zapytuje: czy artysta to ktoś, kto widzi dalej, czuje bardziej, kto doświadcza epifanijnych błysków, ale i melancholijnych malign, kto z niepokoju i wewnętrznej pracy, uczynił sposób na nudę, rutynę, codzienność? W otwierającym książkę opowiadaniu, zderzamy się z historią człowieka – mówiąc w największym skrócie – zafiksowanego na zrekonstruowaniu idei, która miałaby wyczerpać wszystkie możliwe znaczenia poszczególnych przymiotników. Brzmi enigmatycznie? Wiem, ale nie moją rolą streszczać pomieszczone w omawianym zbiorze, historię. Polkowski skrupulatnie podsuwa nam figurę osoby piszącej, dla której zapisywanie kolejnych linijek jest zajęciem ugruntowującym chwiejny sens własnego istnienia. Paradoksalnie, pisarz to ktoś, kto swoją nieobecnością, pracuje na swoja obecność. I ten motyw wybrzmiewa tu najdonośniej.

Bezimienny bohater, próbuje podjąć i domknąć permanentny ruch znaczeń, w który dał się zaplątać, przez niejakiego J.P. Mniej interesuje mnie fabuła owej narracji, a raczej jej konsekwencje dla bohatera. Skazanego na niemożliwość. Skonfrontowanego z nieustającą pracą języka, niegwarantującą żadnych pewników. Wydaje się, że tak naprawdę tekst oscyluje wokół pytania o naturę języka – jego notoryczne i niewyczerpane zdolności do tworzenia narracji i sabotowania ich przesłań. Czytamy: „Rozsypać własne ja? Być spoiwem, które scala solidarnie wszystkie losy, jak wiekuiste lustro”. Artysta to bowiem ktoś, kto się zupełnie odkrywa, nie licząc na razy, jakie „przyjmie”, a na człowieka, który w nim (jego języku) siebie, odnajdzie.

3.

Bez wątpienia sercem książki jest niezwykle wymowne, subtelnie nakreślone opowiadanie Maria i Józef. Spaja je zmysłowy nastrój, lekka mgła, efemeryczne kaprysy. Historia kompozytora Józefa i jego małżonki Marii to kameralistyka czułych tonów. Autor Śladów krwi pokazuje, że człowiek to proces, bywający często najbliżej tej wersji siebie, którą najmniej lubi, bądź zna – chciałby się z nią nie liczyć. Opowiadanie dotyka tajemnicy tworzenia, dobywania kształtów z chaosu, momentu, kiedy materializuje się idea. To zdania o tym, że niektóre melodie płyną na pocieszenie, a wiedza niekoniecznie idzie w parze z mądrością. Przyznaję, ma ten tekst jakiś rozbrajający, staroświecki urok, przed którym kapituluje się zupełnie i mu poddaje, albo odwraca się plecami, bo możliwe, że niektórym klasyczne receptury, trącą myszką. Wyczuwa się nastrój Tołstojowskiej Sonaty, Brata snu… Kołacze się po głowie – nie wiedzieć czemu – Andrzej Krzanowski… Tak czy inaczej, opisy komponowania przez Henryka pieśni, opis popisów wokalnych Józefy są niezwykle wymowne w swoim ulotnym…

4.

Jeszcze jedna rzecz warta odnotowania. W swoich opowiadaniach, Polkowski bawi się składnią, bywa rozbuchany, często pełen inwencji. Ten nerw momentami osłabia publicystyka, słyszana tu i ówdzie, kiedy narrator niejako wyskakuje z tekstu i próbuje dopisać jakiś komentarz do obyczajowych inklinacji dni dzisiejszych. Zostawmy to. O wiele ciekawsze są momenty, kiedy Polkowski zestawia ze sobą dalekie pola znaczeniowe, jak gdyby ich wspólne rezonowanie, było dla autora muzyką przyjemną dla ucha, oddalającą zgiełk i kakofonię współczesnej ulicy, zatopionej w bluzgach. Muzyką nieoczywistą, mało zgraną. Posłuchajmy o „wodnistej zupie codziennych pozdrowień”, w „lesie spalonych domysłów”. Albo o „roztargnionych pauzach”, czy „zgrabiałej goryczy”. By w końcu się dowiedzieć, że „nie ma nic bardziej podniecającego niż czekanie na siebie”. Rzecz o tym, że czekając na ogień, często dostaje się deszcz. I nie zawsze starcza nam miejsca w sobie na zapomnienie, na chwilę uwagi, słowo bez tchnienia, gest zawieszony w stygnącym czasie. Polkowski pisze o zatraceniu, ale i o momencie, kiedy wycofanie się z kaplicy sztuki, nie jest dezercją, a szansą na spokój.

[Bartosz Suwiński]

1 J. Polkowski, Nowe wiersze, „Nowy Napis. Liryka. Epika. Dramat” 2021, nr 9, s. 162.

Obraz:

Nasi partnerzy

Wszelkie prawa zastrzeżone - POK © 2022 Polityka prywatności RODO Deklaracja zgodności Mapa strony

Webdesing: Logo WebInspiracje

Przeszukaj naszą stronę:

Schowaj wyszukiwarkę

Schowaj menu
Ten link otwiera nową kartę

Link zostanie otwarty w nowym oknie! Wyrażasz na to zgodę?


Otwórz ten link
Schowaj i wróć do strony

Galeria zdjęć:

    Cenimy Twoją prywatność. Zobacz jak dbamy o Twoje dane i poznaj nasze zasady dotyczące przetwarzania informacji.